Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bajka dla dzieci. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bajka dla dzieci. Pokaż wszystkie posty

środa, 14 stycznia 2026

O dżdżownicy Jadwidze, która chciała zabłysnąć i trafiła na haczyk

W cieniu starych wierzb, tam gdzie ziemia pachnie deszczem, a trawa o poranku mieni się rosą, mieszkała dżdżownica o imieniu Jadwiga. Była pracowita i potrzebna, choć mało kto to dostrzegał — bo dżdżownice nie lubią się chwalić. Najczęściej po prostu robią swoje.

Pewnego dnia Jadwiga natknęła się na idealnie okrągłą kroplę wody, która trzymała się liścia jak maleńkie lusterko. Nachyliła się i spojrzała na swoje odbicie.

— No pięknie… — westchnęła. — Taka jestem zwyczajna. Żadnych pasków, kropek, piórek. Tylko ja: obła, ziemista i jednolita. Życie bez ozdób!

Im dłużej patrzyła, tym bardziej psuł jej się humor.

— Dość! — powiedziała wreszcie stanowczo. — Czas na zmianę. Skoro inni potrafią zachwycać wyglądem, ja też spróbuję.

W okolicy słynął z elegancji pewien żuk. Nazywał się Sylwester i miał opinię eksperta od mody. Podobno znał się na wszystkim: od kapeluszy po najdrobniejsze koraliki z pyłku kwiatowego. W dodatku potrafił mówić o strojach tak, jakby były najważniejszą sprawą na świecie.

Jadwiga odszukała jego salon w spróchniałym pniu i nieśmiało zapukała.

— Proszę, proszę… — zamruczał Sylwester, gdy ją zobaczył. Obejrzał ją uważnie, aż Jadwiga poczuła się jak na wystawie. — Widzę, moja droga, że twój styl jest… bardzo naturalny.

— To znaczy, że brzydki? — zapytała cicho.

— Powiedzmy: niewykorzystany — odparł żuk, rozkładając łapki teatralnie. — Ale spokojnie! Od tego tu jestem.

Zaczął krzątać się po salonie, wysuwając szufladki i pudełka.

— Najpierw coś na głowę. O! Berecik z mojej kolekcji. W nocy delikatnie świeci — idealny, żeby nikt cię nie przeoczył.

Jadwiga otworzyła szerzej oczy.

— Nikt? Naprawdę?

— Oczywiście — zapewnił Sylwester z dumą. — A teraz sukienka. Wysmuklająca, z talią podkreśloną tak, że od razu dodaje pewności siebie. W kolorze amarantowym, bo amarant przyciąga spojrzenia. Do tego paseczek pleciony — robota Zenobii stonki, mistrzyni splotów. I kolczyki świderki z butiku modliszki Anielki. Długie, efektowne, wirujące przy każdym ruchu.

Jadwiga słuchała jak zaczarowana. Gdy Sylwester zakończył swoje dzieło, poprowadził ją do kolejnej kropli rosy.

W odbiciu stała dżdżownica zupełnie niepodobna do tej sprzed chwili. Kolorowa, błyszcząca, wyprostowana z dumy.

— Och! — szepnęła Jadwiga. — To ja?

— Ty, tylko w wersji olśniewającej — odparł Sylwester, mrugając porozumiewawczo.

Jadwiga wracała do domu rozradowana. Sunęła sprężyście między kępami trawy, a jej berecik migotał w cieniu liści. Mrówki przystawały, ślimak wystawił rogi, a nawet ważka, przelatując, obejrzała się przez ramię.

— Wreszcie mnie zauważają! — cieszyła się Jadwiga.

Nie pomyślała tylko, że nie każde spojrzenie oznacza zachwyt. Czasem oznacza… okazję.

Ścieżka prowadziła w pobliże stawu. Nad wodą panowała cisza, jakby wszystko przysiadło na moment. Na brzegu stał wędkarz. Nie znał zwyczajów łąki, nie interesowały go marzenia dżdżownic. Patrzył tylko uważnie, czy nie da się choć jednej zwabić. A Jadwiga, w amarantowej sukience i z błyszczącym berecikiem, była widoczna jak kropka jaskrawej farby na zielonym liściu.

Wędkarz mrużył oczy, po czym uśmiechnął się pod nosem.

— O, przynęta sama przyszła — mruknął.

Zanim Jadwiga zdążyła się cofnąć, poczuła szarpnięcie. Zakłuło ją coś ostrego i nagle znalazła się w powietrzu, dyndając na haczyku.

— Ojej… — wyszeptała, a serce zabiło jej szybko jak krople deszczu o kamień.

Z wody wynurzył się karp Zdzich, znany w stawie z tego, że mówił mało, ale trafnie.

— No proszę — burknął, podpływając bliżej. — Widzę, że moda zawitała aż pod mój brzeg.

Jadwiga drżała.

— Ja tylko chciałam być… ciekawsza — przyznała.

Zdzich spojrzał na nią spokojnie.

— Ciekawsza bywa i ziemia po deszczu — odpowiedział. — Nie musi świecić. Pamiętaj, Jadwigo: co błyszczy, to łatwo zauważyć. A to, co łatwo zauważyć, łatwo też złapać.

Słowa karpia były proste, ale jakby od razu uporządkowały Jadwidze myśli.

Na szczęście los tym razem okazał się łaskawy: żyłka zahaczyła o gałązkę, naprężyła się i pękła. Jadwiga spadła na mokrą trawę i szybko zsunęła się w stronę ziemi — tam, gdzie nikt nie łowi na kolor.

Kiedy wszystko ucichło, zdjęła berecik, odpięła kolczyki i odsunęła sukienkę.

Nie poczuła wstydu. Poczuła ulgę.

Nazajutrz poszła do Sylwestra.

— I jak? — zapytał żuk z błyskiem w oku. — Wszyscy padli z wrażenia?

Jadwiga spojrzała na niego poważnie, ale bez złości.

— Wszyscy patrzyli — odpowiedziała. — I właśnie to niemal skończyło się źle. Chciałam być widoczna… a stałam się łatwym celem.

Sylwester zmarszczył czułki.

— Ale przecież miałaś wyglądać olśniewająco!

— Może i wyglądałam — przyznała Jadwiga. — Tylko że ja nie muszę olśniewać. Ja mam inną robotę: spulchniam ziemię, robię tunele, dzięki którym woda i powietrze docierają do korzeni. Kwiaty rosną lepiej, trawa jest mocniejsza. Nikt nie bije mi braw, ale bez takiej „zwyczajności” wszystko funkcjonowałoby gorzej.

Żuk milczał przez chwilę, jakby pierwszy raz pomyślał o czymś innym niż ozdoby.

— Czyli… — mruknął w końcu — urok to nie tylko dodatki?

— Urok to też rozsądek — odpowiedziała Jadwiga łagodnie. — A prawdziwa wartość nie zawsze krzyczy kolorem.

Pożegnała się i wróciła na swoją grządkę. Zwyczajna? Być może. Ale spokojna, mądra i bezpieczna. A to — jak wiedziała już doskonale — jest o wiele ważniejsze niż błyszczący berecik. I nie wszystko, co przyciąga spojrzenia, przynosi szczęście. Czasem nadmierna chęć wyróżnienia się sprowadza kłopoty, a prawdziwy urok kryje się w tym, kim jesteśmy i co dobrego robimy.

środa, 31 grudnia 2025

Bajka o chłopcu z latarenką

W niewielkim miasteczku, gdzie zimą dachy otulał miękki, biały puch, a latem z otwartych okien unosił się słodki zapach jaśminu, mieszkał chłopiec o imieniu Emil. Był cichy i skromny, a jego największym skarbem — stara, drewniana latarenka po dziadku. Nie świeciła mocno; roztaczała jedynie łagodny, złocisty blask, jakby w środku drżała jedna, nieśmiała gwiazdka, która jeszcze nie odważyła się zaświecić pełnią światła.

Często o zmierzchu Emil wychodził na skraj miasteczka, tam, gdzie zaczynał się las — gęsty i milczący. Mieszkańcy powtarzali, że po zachodzie słońca lepiej w te strony nie zaglądać: ścieżki plątały się jak wstążki, a cienie zdawały się mieć własną wolę. Pewnego wieczoru chłopiec usłyszał jednak cichy, urywany płacz dobiegający spomiędzy drzew. Dźwięk był delikatny i kruchy, jakby ktoś wołał o pomoc szeptem.

Serce podpowiedziało mu, by pójść dalej.

Im głębiej wchodził w las, tym gęstszy stawał się mrok. Gałęzie szeleściły nad głową, jak gdyby naradzały się w tajemnicy, a wiatr niósł ze sobą smutną, przeciągłą pieśń. Latarenka drżała w dłoni Emila, lecz wciąż płonęła, wiernie i uparcie. Wreszcie, na niewielkiej polanie, chłopiec dostrzegł dziewczynkę w białej sukience. Siedziała na kamieniu, nieruchoma, blada jak księżyc w zimową noc, i wyglądała tak, jakby ktoś na długo odebrał jej uśmiech.

— Dlaczego płaczesz? — zapytał cicho.

— Zgubiłam drogę do domu — wyszeptała. — A gdy zapada noc, nikt mnie nie dostrzega. Jakbym nie istniała.

Emil uniósł latarenkę, a złoty krąg światła otulił ich dwoje.

— Pójdziemy razem — powiedział łagodnie. — Moje światło jest niewielkie, lecz wystarczy, jeśli będziemy blisko siebie.

Ruszyli w drogę.

Ścieżka wiła się wśród ciemności. Chłodne cienie kładły się im pod nogi, a noc osiadała na świecie niczym ciężki, aksamitny płaszcz. Mimo to latarenka świeciła nieprzerwanie — ciepło, cicho, z wytrwałą cierpliwością. Z każdym krokiem jej blask jakby nabierał mocy, karmiony odwagą i dobrocią chłopca, który ani na chwilę nie wypuszczał jej z dłoni.

Po długiej wędrówce pierwszy, nieśmiały promień świtu przeciął granat nieba. Drzewa rozstąpiły się, odsłaniając stary, zapomniany dom. W jednym z okien migotało jasne, poranne światło, jakby ktoś właśnie zapalał w nim wspomnienie dawnych dni.

Dziewczynka po raz pierwszy się uśmiechnęła.

— Dziękuję — szepnęła. — Nigdy nie lękałam się nocy… bałam się tylko samotności.

W tej samej chwili jej postać zamigotała, jak odbicie gwiazdy w spokojnej wodzie. Po chwili zniknęła, a nad domem rozbłysła jasna, srebrzysta gwiazda — piękna i czysta. Emil zrozumiał wtedy, że odprowadził do domu nie zagubione dziecko, lecz dawną opiekunkę tego miejsca: dobrą, wierną duszę, która przez lata czuwała nad progiem domu.

Chłopiec wrócił do miasteczka z latarenką w dłoni. Od tamtej nocy jej światło już nigdy nie zgasło, a każdy, kto mijał Emila na ulicy, miał wrażenie, że w jego spojrzeniu mieszka spokojna, cicha dobroć.

I aż do końca swoich dni nosił w sercu prostą prawdę:

małe światło w dobrym sercu potrafi rozjaśnić nawet najciemniejszą drogę.

poniedziałek, 8 grudnia 2025

Bajka o kropkach, które uczyły uczciwości

Na skraju pachnącej łąki, tuż przy sosnowym lesie, gdzie trawy falowały jak morze, a kwiaty szeptały swoje tajemnice, żyła biedronka o najpiękniejszych kropkach, jakie kiedykolwiek widziano. Jej skrzydełka lśniły czerwienią jak maki w słońcu, a czarne kropki wyglądały niczym rozsypane po niebie gwiazdy.

Każdego ranka biedronka siadała na źdźble trawy, przeglądała się w kropli rosy i cichutko liczyła swoje kropki.

– Jedna, druga, trzecia… wszystkie są! – nuciła z zadowoleniem.

Pewnego ranka stało się jednak coś strasznego. Kiedy rozłożyła skrzydełka do lotu, odkryła ze zdumieniem, że… zniknęły wszystkie kropki! Zostały tylko gładkie, czerwone skrzydła.

– Moje kropki! Gdzie są moje kropki?! – zapłakała, a jej łzy spadały na trawę jak maleńkie, błękitne perełki.

Tymczasem sprawca całego zamieszania – zuchwały żuk – chodził po łące dumny jak paw. To on w nocy ukradł kropki biedronce i przykleił je osie, która znana była z tego, że wszystko miała „w nosie”.

– Masz! Teraz będziesz piękniejsza od biedronki! – zaśmiał się żuk.

Ale osa spojrzała na siebie w kałuży, zmarszczyła czoło i zezłościła się strasznie.

– Co ty mi za głupstwa przyklejasz?! Oddaj kropki biedronce, to przecież należy do niej! – zawołała i przegoniła żuka aż pod sam las.

Kropki jednak nie wróciły od razu do właścicielki. Osa, nie wiedząc co z nimi zrobić, sprzedała je musze, a mucha – z jeszcze większą lekkomyślnością – oddała je stonce. Stonka obejrzała kropki bardzo dokładnie. Obróciła się raz w prawo, raz w lewo, spojrzała na swoje pasiaste plecy i westchnęła:

– Kropki są śliczne… ale nie dla mnie. Ja mam paski. I z pasków jestem dumna.

Była to bardzo mądra stonka, która wierzyła, że każdy powinien być sobą. Zapakowała więc kropki do pudełka z liścia łopianu i napisała wielkie ogłoszenie:

„Uwaga, biedronki!

Kto zgubił kropki –

niech przyleci po nie!”

Wieść rozeszła się po całej łące szybciej niż wiatr. Przyleciały biedronki z każdej strony: z maków, spod mleczy, z wysokich traw, a nawet zza strumyka. Jedna przekrzykiwała drugą:

– To na pewno moje kropki!

– Nie, nie! Moje! Ja miałam takie błyszczące!

– Ja je wczoraj zgubiłam!

Tylko jedna biedronka stała cichutko z boku. To ta, która naprawdę straciła swoje kropki. Drżała z nieśmiałości, a łzy spływały jej po policzkach.

– Wszystkie kropki macie… a po cudze sięgacie… – wyszeptała.

Jej słowa były ciche, ale serca słuchających zrobiły się ciężkie.

Stonka wyszła wtedy przed tłum i powiedziała spokojnym, lecz stanowczym głosem:

– Kto chce więcej, niż mu potrzeba, ten może się chciwością udławić. A kto mówi prawdę, nawet przez łzy  tego słowa są najgłośniejsze.

Na łące zapadła cisza. Biedronki spojrzały na siebie. Jedna po drugiej spuszczały głowy, czerwieniły się ze wstydu i odlatywały w milczeniu. Każda niosła w sercu małą naukę  zajrzały w siebie i zobaczyły tam mały cień zachłanności.

Stonka podała pudełeczko zapłakanej biedronce. Gdy ta otworzyła je nieśmiało, kropki same wyskoczyły i z radością wróciły na swoje miejsce, jakby bardzo tęskniły za domem. Skrzydełka znów były piękne – może nawet piękniejsze niż wcześniej. Od tego dnia biedronka była dumna nie tylko ze swoich skrzydełek, ale również z tego, że potrafiła czekać, ufać i mówić prawdę.

Cała łąka zapamiętała tę historię na długo.
Gdy dziś wiatr szepcze w trawach, a biedronki przelatują nad kwiatami, mówi się, że każda z nich ma nie tylko kropki… ale i odrobinę mądrości w sercu.

niedziela, 7 grudnia 2025

Zimowa Baśń o Gwiezdnej Iskrze

Tam, gdzie zimowa noc oddychała srebrnym chłodem, a śnieg migotał jak gwiezdny pył, żyła mała dziewczynka o imieniu Lila. Jej chatka stała na skraju lasu, który każdej zimy zamieniał się w wielki, lodowy pałac utkany z cieni i światła. Sosny nosiły na ramionach ciężkie, białe korony, a cisza była tak głęboka, że można było usłyszeć, jak spada pojedynczy płatek.

Pewnej niezwykłej nocy, gdy mróz malował na szybach fantastyczne kwiaty, a księżyc snuł po ziemi mleczne wstęgi blasku, Lila dostrzegła przed chatką coś, co z początku wzięła za zwyczajny płatek śniegu. Lecz ten płatek… świecił jak złoto.

Dziewczynka podeszła ostrożnie. Iskierka drżała cichutko, jakby każde jej drgnięcie było westchnieniem.

— Pomóż mi… — wyszeptała delikatnym głosikiem.

— Zgasnę, jeśli nie wrócę do nieba…

— Do nieba? — szepnęła Lilka, przyklękając. — Jesteś gwiazdą?

— Jestem tylko jej drobinką… zagubionym światłem — odpowiedziała Iskra smutno.

Lila zamknęła ją w dłoniach. Ciepło, które z nich popłynęło, było miękkie jak koc utkany z promieni słońca.

— Pomogę ci. Obiecuję. Nawet jeśli droga będzie długa.

Iskierka rozbłysła jaśniej, jakby się uśmiechała.

— By wrócić do nieba, trzeba dotrzeć na Szczyt Północy… najwyższą górę tej krainy.

— Więc tam pójdziemy — odparła Lila bez wahania.

Dziewczynka ruszyła w drogę, a Las Szeptów przywitał ją cichym szelestem, jakby setki niewidzialnych głosów wirowały między pniami.

— Słyszysz? — zapytała Iskra.

— Tak… las mówi — uśmiechnęła się Lila.

Jedno stare drzewo, oblepione śniegiem jak lukrem, pochyliło się wolno.

— Dokąd idziesz, dziecko zimy? — zapytało skrzypiącym głosem.

— Niosę światło do nieba — odpowiedziała dziewczynka cicho. — Muszę ocalić tę iskrę.

— To piękne zadanie — zaszumiało drzewo. — Niech więc cały las stanie się waszą drogą.

Gałęzie rozsunęły się łagodnie, a pomiędzy drzewami rozbłysła jasna, srebrzysta ścieżka.

Wkrótce dotarły do Zamarzniętego Jeziora. Odbijało gwiazdy tak wyraźnie, że nie było wiadomo, które świecą na niebie, a które pod stopami.

— Boję się — szepnęła Iskra.

— Ja też troszkę — przyznała Lilka. — Ale pójdziemy razem.

Gdy dziewczynka postawiła stopę na lodzie, tafla rozświetliła się błękitnymi liniami, jakby jezioro rozpoznało dawną przyjaciółkę ze światła.

Nagle wiatry zaczęły wirować, splatając się w postać wysoką jak sosna. Był to Wiatr Zawieruchy, strażnik zimowych nocy.

— Nie przepuszczam nikogo podczas burzowej nocy! — zawył.

Śnieg zatańczył w powietrzu jak białe ptaki.

Lila mocniej otuliła iskrę.

— Proszę… ona musi wrócić do domu. A ja… ja tylko chcę pomóc.

— Dlaczego miałbym wam zaufać? — zagrzmiał wiatr.

— Bo światło nie kłamie — wyszeptała dziewczynka.

Iskra rozbłysła nagle tak mocno, że jej blask przeciął ciemność jak złota strzała. Wiatr zadrżał… i ucichł.

— Taki blask widziały tylko pradawne czasy… — wyszeptał poruszony. — Idźcie.

Burza uciszyła się i Lilka z Iskierką ruszyły dalej.

Wreszcie dotarły na najwyższy szczyt, gdzie niebo było tak blisko, że wydawało się, iż wystarczy wspiąć się na palce, by dotknąć gwiazd. Powietrze lśniło niczym kryształ.

Dziewczynka uniosła gwiezdną iskrę wysoko.

— To twój dom — wyszeptała. — Ale jeśli zatęsknisz… będę na ciebie patrzeć.

— Nigdy nie przestanę świecić dla ciebie — odpowiedziała Iskra cichutko. — Szukaj mnie w najjaśniejszej gwieździe zimy.

— Obiecuję — szepnęła Lila ze łzą w oku.

Otworzyła dłonie. Wiatr uniósł iskrę wysoko, coraz wyżej, aż zamieniła się w złoty promień i wskoczyła na nieboskłon.

Tam zapłonęła nowa gwiazda — czysta, jasna, pełna ciepła — którą mieszkańcy nazwali Gwiezdnym Serduszkiem.

Od tej pory jej blask prowadził wędrowców przez śnieżne noce. A Lilka, ilekroć podnosiła wzrok ku niebu, uśmiechała się cicho, wiedząc, że wśród gwiazd ma przyjaciółkę.

sobota, 6 grudnia 2025

Bajka o Bulbulkach i Wielkim Bąblu

Bulbulki to małe, okrąglutkie istotki przypominające puchate kulki – choć w dotyku są bardziej jak mięciutka pianka Marshmallow zmieszana z bańką mydlaną. Mają gładkie, błyszczące ciałka w różnych odcieniach żółci: od cytrynowego po złocisty. Na środku ich kulistej buźki świecą dwa okrągłe oczka i wiecznie uśmiechnięty pyszczek. Mieszkają w Bulbulkowie.

Bulbulki uwielbiają:

chrupać żółte granulki – od których wszystko w Bulbulkowie nabiera słonecznego koloru,

bąbelkować – czyli wydawać z siebie „bul-bul-bul” przy każdym ruchu (czasem głośno, czasem tylko szeptem),

turlanie i skakanie,

tworzyć bąble – od malutkich, jak krople rosy, po gigantyczne, jak balony unoszące całe miasteczka,

opowiadać sobie śmieszne historie, przy których tak bulbulkują ze śmiechu, że unoszą się kilka centymetrów nad ziemią.

Bulbulki mają jeszcze jedną niezwykłą cechę: wyobraźnia działa u nich jak magiczny silnik. Im bardziej coś sobie wyobrażą, tym szybciej powstają nowe pomysły, bąble i… czasem nawet nowe bulbulki!


Pewnego, bardzo żółtego poranka, kiedy słońce dopiero zaczynało podglądać świat zza chmurki, w Bulbulkowie panowało niezwykłe poruszenie. A właściwie pobulbulenie, bo bulbulki nie poruszają się zwyczajnie — one podskakują, turlają się i wydają z siebie mięciutkie „bul-bul-bul”. Bulbulkowo wyglądało wtedy jak ogromna miska pełna kolorowych cukierków, z tą różnicą, że wszystkie były żółte. Ulice żółte, kamienice żółte, nawet parki były żółte, bo przecież bulbulki cały dzień chrupały swoje żółte granulki i zostawiały po nich wszędzie żółciutkie ślady.

W centrum miasteczka mieszkała Bulbulka Bibi, która słynęła z tego, że potrafiła zrobić największe bąble w całej krainie. Pewnego dnia postanowiła pobić rekord świata. Chciała stworzyć bąbel tak ogromny, by odbijały się w nim wszystkie żółte domki Bulbulkowa – i jeszcze kawałek chmury. Nabrała powietrza… raz… drugi… trzeci… i PUUUUF!

Powstał Wielki Bąbel, tak ogromny, że zakrył pół Bulbulkowa.

– Ojej, ojej! – zabulgotała Bibi. – Ten bąbel jest większy niż mój domek, większy niż park, a nawet większy niż… niż… bulbulkowa fontanna!

Bulbulki z całego miasteczka przytoczyły się, żeby zobaczyć to cudo. Bulbulek Gucio próbował wskoczyć na bąbel, ale odbił się jak piłeczka. Bulbulka Lula wdrapała się na niego i zjechała jak z ogromnej zjeżdżalni, krzycząc:

– Uuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuu! Ale jazda!

Wszystkie bulbulki były zachwycone. Wszystkie, oprócz jednego…

W kącie ulicy siedział Bulbulek Mru, który był najmniejszy ze wszystkich i zawsze trochę nieśmiały. Patrzył na Wielki Bąbel z zachwytem, ale bał się podejść.

– Chciałbym też tak bąbelkować… – pomyślał.

Bibi usłyszała jego cichutkie „bul” i podskoczyła w jego stronę.

– Mru, każdy bulbulek umie bąbelkować! Potrzeba tylko odwagi i… dużo żółtych granulek!

Dała mu garść swoich ulubionych, superchrupiących, megażółtych granulek. Mru chrupał je powoli, nabierając sił. A potem nabrał powietrza.

Raz.

Drugi.

Trzeci.

I… BULBLUBLUBLUUUUUUUUUUB!

Powstał bąbel, może nie tak wielki jak Bibi, ale piękny, okrąglutki i połyskujący jak słoneczko. Mru aż się zarumienił — a u bulbulków rumieniec wygląda jak mała, żółta gwiazdka na policzku.

Wtedy stało się coś jeszcze dziwniejszego.

Wielki Bąbel Bibi i Mniejszy Bąbel Mru nagle zaczęły się do siebie zbliżać… aż w końcu się połączyły! Powstał SuperBąbel, tak ogromny, że uniósł całe Bulbulkowo w powietrze. Co więcej — przypominał kolosalną, żółtą planetę z malutkimi bulbulkowymi domkami, dróżkami i sadami granulkowymi.

Bulbulki zapiszczały z zachwytu.

— Latamy! LATAMY! — krzyczała Lula.

— Proszę nie zderzyć się z chmurą numer 27, ona jest bardzo kapryśna! — wołał Riki.

A Mru?

Mru po raz pierwszy w życiu uniósł się nie dlatego, że ktoś go podniósł, ale dlatego, że jego własny bąbel pomógł poderwać w górę całe Bulbulkowo.

I tak Bulbulkowo poleciało w świat, unoszone przez śmiech, bąbelki i żółciutką wyobraźnię mieszkańców. A wszystkie dzieci, które tego dnia patrzyły w niebo, mogły przysiąc, że widziały żółte, uśmiechnięte kuleczki machające do nich z powietrznej krainy.

Dzieci nie wiedziały jeszcze, że to bulbulki. Ale niektóre z nich odpowiedziały machaniem. Inne — uśmiechem. A jeszcze inne — radośnie podskakiwały.

Bulbulki zachichotały. A Bibi powiedziała:

— Chyba pora poznać ich bliżej!

W końcu każdy może stać się bulbulkiem, jeśli tylko włączy wyobraźnię.

czwartek, 4 grudnia 2025

Gwiezdny Klucz Mikołaja

W najcichszym zakątku północnego nieba, tam gdzie zorza splata powietrze w zielone wstęgi, stała maleńka chatka, która wyglądała tak, jakby wykuto ją z samego światła. W tej chatce mieszkał Mikołaj — nie ten, którego znają wszystkie dzieci, z saniami i workiem prezentów, lecz Mikołaj tajemniczy, który strzegł zimowego czasu, aby każde dziecko mogło znaleźć w nim odrobinę cudów.

Mikołaj miał długą, srebrzystą brodę, miękką jak pył z komet, i oczy, w których odbijało się całe niebo. Każdej zimy wyruszał w samotną wędrówkę, aby obudzić Gwiezdny Zegar — pradawny mechanizm odmierzający dni do świąt. Bez niego noc wigilijna nie trafiłaby na właściwe miejsce w czasie, a magia mogłaby się zgubić w świecie.

Pewnego roku, gdy mrozy przyszły wcześniej niż zwykle, Mikołaj otworzył skrzynię wykutą z lodu i wyjął z niej Gwiezdny Klucz. Był to jedyny przedmiot zdolny poruszyć Zegar. Jednak gdy otworzył drzwi, by wyruszyć w drogę, powiał wiatr tak silny, że porwał klucz i uniósł go wysoko, wysoko — aż gdzieś zniknął w świetlistej wstędze zorzy.

Zmartwiony Mikołaj ruszył za nim, lecz noc była gęsta i ciemna niczym futro czarnego wilka. Wtedy z pobliskiego świerku rozległo się delikatne trzepotanie.

— Nie smuć się, Mikołaju — ćwierknął maleńki ptaszek o pierzastym, błękitnym ogonie. — Widziałam, gdzie wiatr poniósł twój klucz. Spadł w Dolinę Zasypiających Światełek. Zaprowadzę cię tam.

I tak oto ruszyli razem: Mikołaj z ciężkim sercem, a ptaszek z iskrą odwagi. Dolina Zasypiających Światełek była miejscem rzadko odwiedzanym — pełna delikatnych, świecących duszków, które spały przez cały rok, budząc się tylko w noc największego mrozu. Gdy dotarli na jej skraj, zobaczyli setki maleńkich świateł drżących jak oddech.

Pośród nich, na miękkim mchu, leżał Gwiezdny Klucz — lecz otoczyły go trzy największe duszki, które roziskrzyły się czujnie.

— To nie jest zwykły przedmiot — zabrzmiały jednocześnie. — Jest pełen mocy. Kto chce go zabrać?

Mikołaj uklęknął, a jego głos był ciepły niczym ogień w piecu:

— Nie pragnę władzy. Chcę tylko, by dzieci na świecie nie straciły swojego świątecznego światła. Gwiezdny Zegar musi zostać obudzony. Bez niego magia nie znajdzie drogi do ich serc.

Duszkowe światełka zaszumiały jak leśne liście.

Po chwili największy z nich zbliżył się i dotknął dłoni Mikołaja. Jego światło rozbłysło niczym złoto.

— Prawda twojego serca jest czysta — orzekł. — Klucz jest twój.

Kiedy Mikołaj chwycił go, klucz zapłonął tak jasno, że nawet zimne niebo na moment ociepliło swój blask. Ptaszek zaśpiewał radośnie i oboje wyruszyli z powrotem w stronę chatki, gdzie czekała ścieżka prowadząca do Gwiezdnego Zegara.

Gdy w końcu Mikołaj wsunął klucz w pradawny mechanizm, cała kraina północy rozbrzmiała jednym, miękkim dźwiękiem — jakby samo niebo zagrało na kryształowej harfie. A gwiazdy, jedna po drugiej, zapaliły się mocniej, szykując drogę dla wszystkich cudów, jakie miały nadejść.

Mikołaj uśmiechnął się z ulgą. Wiedział, że dzieci na całym świecie obudzą się pewnej grudniowej nocy i zobaczą, że magia znów odnalazła drogę. Bo tak długo, jak istnieje Gwiezdny Klucz, a serce Mikołaja pozostaje dobre, święta zawsze przyjdą — dokładnie wtedy, kiedy powinny.

środa, 3 grudnia 2025

Bałwanek i Bałwankowa

W samym sercu zimowego podwórka, tuż przy starym, rozłożystym dębie, stał Pan Bałwanek. Otulała go cisza, przerywana jedynie skrzypieniem śniegu i cichym śpiewem wiatru w nagich gałęziach drzew. Miał węglowe oczy, marchewkowy nos i szalik, który dawno stracił swój blask. A jednak najbardziej rzucała się w oczy jego mina — smutna, cicha, pełna tęsknoty.

Stał tak dzień za dniem, nieruchomy, obserwując świat wokół. Widział dzieci, które z daleka przebiegały przez podwórko, słyszał ich śmiech, lecz nikt nie zatrzymywał się przy nim na dłużej. Samotność była zimniejsza niż największy mróz. W jego śnieżnym sercu rodziło się jedno, ciche marzenie — by nie być już samotnym.

Pewnego ranka Ala i Franek wybiegli na podwórko. Mroźne powietrze szczypało ich w czerwone policzki, a oczy lśniły radośnie. Wtedy dostrzegli samotnego bałwanka stojącego przy starym dębie.

— Spójrz, Franek… On jest taki smutny — szepnęła Ala. — Może ulepiemy mu przyjaciela?  Jej słowa zabrzmiały w zimowym powietrzu jak ciche, dobre zaklęcie.

Dzieci natychmiast zabrały się do pracy. Toczyły wielkie, bielusieńkie kule, z których sypał się drobny, iskrzący śnieg. Ich rękawiczki były całe mokre, oddechy zamieniały się w małe obłoczki pary, a śmiech niósł się po całym podwórku. Każda kolejna chwila zbliżała ich do niezwykłego celu.

Wkrótce obok pana Bałwanka stanęła ona — pani Bałwankowa. Smukła jak zimowa dama, z delikatnymi gałązkami zamiast rąk, z uśmiechem jasnym jak promień zimowego słońca. Śnieg na jej sukni lśnił niczym rozsypane diamenty.

Pan Bałwanek spojrzał na nią niepewnie, jakby nie wierzył własnym oczom. A potem stało się coś niezwykłego — jego smutna twarz rozjaśniła się ciepłym, szerokim uśmiechem.

— Witaj — zdawał się szeptać bezgłośnie. — Jak dobrze, że już nie jestem sam.

Bałwankowa patrzyła na niego z łagodnością, a zimowy wiatr delikatnie poruszał jej śnieżną suknią. Od tej chwili pod dębem nie było już cienia smutku. Dzieci biegały wokół, rzucały śnieżkami, lepiły kolejne bałwanki, a całe podwórko wypełniało się śmiechem, ruchem i radością.

Pan Bałwanek i pani Bałwankowa stali obok siebie, dumni i szczęśliwi. Już nie marzli z samotności. Wiedzieli, że są dla siebie — na dobre i na złe, aż do pierwszych, ciepłych promieni wiosny.

Od tamtej pory każdy, kto przechodził przez podwórko, nie widział już jednego, lecz parę bałwanków stojących obok siebie, jakby od zawsze stanowili jedność. I chociaż zostały zrobione ze śniegu, uczyły wszystkich wokół rzeczy najważniejszych.

Nawet w samym sercu zimy największe ciepło rodzi się z obecności drugiego serca.

A przez życie najpiękniej idzie się w duecie.