Magiczna kraina zawierająca wierszyki, rymowanki, opowiadania, bajki, kolorowanki czyli wszystko to, co twórczością dla dzieci nazwać można. Znajdziesz tutaj również prace plastyczne wykonane przez uczniów szkoły podstawowej :) MILUSIAKOWO - tu jest bajkowo, więc zapraszamy i czarodziejsko wszystkich uśmiechem witamy :) Dobry humor do plecaka zapakuj i do MILUSIAKOWA szybciutko wskakuj :)
środa, 4 marca 2026
Mrówka Józia
niedziela, 1 lutego 2026
O Teodorze, co wisiał wysoko, a widział mało
W samym sercu zielonego lasu równikowego, gdzie liście miały kształt dłoni, a powietrze pachniało deszczem i dojrzałym mango, mieszkał leniwiec o imieniu Teodor.
Nie był to jednak zwyczajny leniwiec, który patrzy na świat spokojnie i milcząco, jakby liczył w myślach krople rosy na paprociach. Teodor miał bowiem rzecz rzadką jak tęcza w porze suchej: wielkie mniemanie o sobie.
Zwisał z gałęzi niczym ozdoba królewskiej sali i przemawiał do dżungli, jakby ta była jego widownią.
— Spójrzcie na mnie, proszę! — mawiał z namaszczeniem. — Żyję nadrzewnie, jak przystało na kogoś o wyższych ideałach. Schodzę grzbietem w dół, bo tak jest… dostojniej. A moje pazury? Ach, moje pazury są jak półksiężyce! I wyobraźcie sobie: nigdy nimi w nosie nie dłubię!
Papugi chichotały w koronach drzew, małpki przewracały oczami, a tukany udawały, że oglądają chmury, bo nie wypadało śmiać się wprost. Ale Teodor nie widział nic poza własnym blaskiem.
— I jeszcze moja sierść! — ciągnął, przeciągając sylaby jakby były słodkie. — Takich barw nie znajdziecie nigdzie. Nawet motyle proszą mnie o radę w sprawie stroju!
Tego dnia, gdy słońce przesączało się przez liście jak złote mleko, pod gałęzią Teodora zatrzymała się mała gąsienica. Miała ciało w zielone paseczki i spojrzenie bystre jak kropla światła.
Słuchała, jak Teodor opowiada o swojej „wyborowej roślinożerności”, o „najszlachetniejszym pysku w tropikach” i o tym, że gdyby świat był sprawiedliwy, na pewno miałby własny pomnik z liany i mchu.
Gąsienica słuchała cierpliwie, bo cierpliwość to jedna z tych cnót, które rodzą się w małych istotach, a w wielkich czasem się gubią. Słuchała, aż w końcu westchnęła tak cicho, że usłyszałby to tylko ktoś, kto naprawdę umie słuchać.
— O rety… — mruknęła pod nosem. — Ileż bzdur potrafi zmieścić się w jednym leniwcu.
Teodor, oczywiście, uznał to za zachwyt.
— Dziękuję — powiedział z godnością. — Wiem, że moje zalety onieśmielają.
Gąsienica uniosła łepek.
— Teodorze — odezwała się miękko, ale stanowczo — powiedz, czy ty w ogóle wiesz, po co ptaki śpiewają?
— Żeby mnie chwalić? — odparł bez wahania.
— Nie. One śpiewają, bo czują. A powiedz, czy ty wiesz, po co rzeka płynie?
— Żeby dodać uroku mojemu krajobrazowi — rzekł Teodor.
Gąsienica przymknęła oczy, jakby sprawdzała, czy to na pewno nie sen.
— Teodorze, a czy ty wiesz… po co się czasem schodzi z gałęzi?
Leniwiec uśmiechnął się pobłażliwie.
— Żeby wszyscy mogli podziwiać, jak pięknie się schodzi.
Wtedy gąsienica podpełzła bliżej, aż dotknęła jego ucha — bo niektóre słowa najlepiej działają, gdy mówi się je tuż przy sercu albo tuż przy uchu.
— Posłuchaj mnie uważnie — szepnęła. — Wszyscy w lesie wiedzą, że jesteś… niezwykły. Masz piękne pazury, cudną sierść i spokojny sposób bycia. Ale jest w tobie coś, co cię unieruchamia bardziej niż twoje leniwe łapki.
— Co takiego? — zdziwił się Teodor.
— Zarozumiałość. Ona nie pozwala ci zobaczyć świata. Bo kiedy patrzysz tylko na siebie, niczego się nie uczysz.
Teodor przez chwilę milczał, jakby pierwszy raz usłyszał własną ciszę. A w ciszy lasu dzieją się rzeczy ważne: wylęgają się decyzje, dojrzewają myśli, prostują się uczucia.
— Ale ja… — zaczął. — Przecież każdy mi zazdrości.
Gąsienica uśmiechnęła się łagodnie.
— Może ktoś zazdrości ci urody. Ktoś inny spokoju. Ktoś jeszcze tego, że potrafisz tak długo wisieć bez skargi. Ale powiem ci coś, co cię może zaskoczyć: zazdrość nie jest miłością. A podziw bez życzliwości jest pusty jak pęknięta skorupka.
Teodor mrugnął powoli.
— Więc co mam robić?
— Zrób rzecz trudną — odparła gąsienica. — Zamiast mówić o sobie, zauważ innych. Zamiast być „naj”, spróbuj być… dobry.
Teodor parsknął cicho.
— Dobry? Ale czy to robi wrażenie?
— O, robi — szepnęła gąsienica. — Tylko nie od razu. Dobro nie hałasuje. Ono rośnie po cichu.
W tej samej chwili w gałęziach rozległ się szelest. Nadleciał koliber, błyskawica w piórach, i zatrzymał się na moment w powietrzu jak zawieszona kropla.
— Widzę, że znów przemawiasz, Teodorze — zadrżał w locie. — Gdyby gadanie dawało prędkość, byłbyś najszybszy w dżungli.
— Ha! — roześmiał się Teodor. — A jednak to ty jesteś szybki.
— Bo ja nie muszę o tym mówić — odpowiedział koliber i zniknął jak myśl.
Teodor spojrzał za nim, a potem na gąsienicę.
— Czy ty… jesteś szybka? — spytał podejrzliwie.
Gąsienica pokręciła głową.
— Nie. Ja jestem powolna. Ale ja mam coś, czego ty jeszcze nie masz.
— Co?
— Odwagę, żeby się zmienić.
I wtedy stało się coś, czego nie spodziewał się nikt — nawet papugi, które zwykle spodziewają się wszystkiego. Teodor, leniwiec dumny i gładki w słowach, opuścił wzrok.
— Chciałbym… spróbować — powiedział cicho. — Tylko nie wiem, od czego zacząć.
Gąsienica wskazała liść obok.
— Od małych rzeczy. Na przykład: pozwól mi przejść po twojej gałęzi pierwszej. A potem… przestań opowiadać o swojej sierści i zapytaj kogoś, jak się dziś czuje.
Teodor milczał chwilę, po czym przesunął się niezdarnie, robiąc miejsce.
— Proszę.
Gąsienica przeszła dostojnie, jakby szła po dywanie z zielonego aksamitu.
A wieczorem, gdy w dżungli zapaliły się świetliki jak rozsypane gwiazdy, Teodor zrobił rzecz jeszcze trudniejszą: nie wygłosił ani jednego zachwytu o sobie. Zamiast tego posłuchał śpiewu ptaków. Zauważył, że mała małpka ma smutne oczy, bo zgubiła ulubiony orzech. Pomógł jej szukać — powoli, cierpliwie, po swojemu.
I choć nie był mistrzem prędkości — nie został nim nigdy — to tej nocy, pierwszy raz w życiu, poczuł się lżejszy, jakby zarozumiałość spadła z niego jak stary liść.
A gąsienica? Ona też miała swoją tajemnicę. Wkrótce zamknęła się w kokoniku, cichutkim jak szept. Minęło trochę czasu, dżungla oddychała dalej, a Teodor — zamiast mówić o sobie — czekał.
Wreszcie z kokonu wyszedł motyl: nie szybszy od kolibra, ale piękny, wolny, delikatny.
Usiadł na gałęzi obok Teodora i poruszył skrzydłami.
— Widzisz? — powiedział motyl (a może to był tylko szelest skrzydeł, który Teodor zrozumiał sercem). — Nie każdy musi być mistrzem prędkości. Ale każdy może zostać mistrzem… życzliwości.
I to jest morał tej bajki, prosty jak ścieżka mrówek i prawdziwy jak deszcz w tropikach:
Nie ten jest wielki, kto mówi o sobie najgłośniej, lecz ten, kto potrafi usłyszeć innych.
niedziela, 21 grudnia 2025
Bajka o świetliku i prezentach, które nie były najważniejsze
Płatki śniegu przyklejały się do szyb tramwaju jak krótkie myśli, które pojawiają się i znikają, zanim zdążymy je zatrzymać. Hania liczyła przystanki, rysując palcem niewidzialne kółka na zaparowanym szkle. W jej plecaku szeleściła kartka — lista świątecznych życzeń, składana i rozkładana tak wiele razy, że bardziej przypominała mapę niż marzenie. Miasto błyszczało reklamami i lampkami, jakby próbowało powiedzieć: tu znajdziesz wszystko.
A jednak Hania czuła, że to „wszystko” jest jakieś puste.
— Co chciałabyś dostać pod choinkę? — zapytała koleżanka w szkole, nie podnosząc wzroku znad telefonu.
— Jeszcze nie wiem — odpowiedziała Hania zgodnie z prawdą, choć w plecaku miała całą listę odpowiedzi.
Im bliżej było świąt, tym głośniejsze stawały się rozmowy o prezentach. Dorośli porównywali ceny, dzieci — wielkość pudełek. Nawet radio brzmiało tak, jakby śpiewało szybciej i głośniej niż zwykle. Hania miała wrażenie, że świat włożył za ciasną czapkę, która bardzo go uwiera.
Tego popołudnia, wracając z biblioteki, Hania zauważyła pod ławką drobny błysk. Nie był ostry ani krzykliwy — raczej ciepły, jak światło nocnej lampki. Dziewczynka uklękła i przyjrzała mu się uważnie.
— Hej… jesteś prawdziwy? — zapytała szeptem.
— Tak samo jak ty — odpowiedział cichutki głos. — Tylko trochę mniejszy.
To był świetlik. Nie taki z łąki ani z bajki o lesie, lecz miejski — przyzwyczajony do chodników, ławek i ulicznych latarni.
— Zgubiłem drogę — westchnął smutno. — Wszędzie jest tyle świateł, że trudno znaleźć to jedno, które prowadzi do domu.
Hania ostrożnie wzięła go w dłonie, uważając, by go nie spłoszyć.
— Możesz zostać ze mną — powiedziała ciepło. — Przynajmniej dopóki nie odnajdziesz swojej drogi.
Świetlik rozbłysnął jaśniej.
— Lubię, gdy ktoś mówi „zostań”.
Od tej chwili towarzyszył jej codziennie. Dziewczynka zauważyła, że w niektórych miejscach jego blask przygasał — tak było w centrum handlowym.
— Tu jest za dużo „chcę” — mruczał zmęczony.
Na przystanku tramwajowym jaśniał, gdy Hania ustępowała miejsca starszej pani.
— O, widzisz? — mówił wtedy. — Teraz świecę naprawdę.
W domu rozświetlał się najmocniej. Gdy mama odkładała telefon i pytała:
— Jak minął ci dzień?
Albo gdy tata przysiadał na brzegu łóżka i opowiadał historie z dzieciństwa.
— Światło lubi uwagę — powiedział pewnego wieczoru świetlik. — Bez niej nawet najjaśniejsze lampki przestają świecić.
Nadeszła Wigilia i wtedy wydarzyło się coś niespodziewanego: wszystko zgasło. Lampki na choince zamilkły, ekrany pociemniały, a w mieszkaniu zapadła cisza tak głęboka, że słychać było własne myśli.
— I co teraz? — zapytała mama.
— Teraz będziemy razem — odpowiedziała Hania i wyjęła świetlika z kieszeni.
Jego światło było niewielkie, lecz wystarczyło, by zobaczyć uśmiechy. Zapalono świece. Opłatek połamał się trochę krzywo. Ktoś się zaśmiał, ktoś inny opowiedział historię. Czas przestał się spieszyć.
Prezenty były skromne. Książka z dedykacją. Szalik robiony wieczorami na drutach. Rysunek w kopercie. Hania poczuła, że jej lista życzeń przestała być potrzebna.
Po kolacji świetlik zamigotał.
— Już wiem, gdzie jest moje miejsce — powiedział łagodnie.
— Gdzie? — zapytała Hania.
— Tam, gdzie ludzie patrzą na siebie, a nie na pudełka z prezentami.
I zniknął, jakby rozpłynął się w płomieniu świecy.
Od tamtej Wigilii Hania wiedziała, że prezenty potrafią cieszyć, ale nie są sercem świąt. Najważniejsze rzeczy nie mają metek ani cen — są czasem, rozmową i bliskością. I świecą najdłużej, nawet gdy wszystkie lampki już dawno zgasną.
Prezenty mogą być piękne, lecz prawdziwym darem świąt jest uważna obecność i bycie razem.
poniedziałek, 8 grudnia 2025
Bajka o kropkach, które uczyły uczciwości
Na skraju pachnącej łąki, tuż przy sosnowym lesie, gdzie trawy falowały jak morze, a kwiaty szeptały swoje tajemnice, żyła biedronka o najpiękniejszych kropkach, jakie kiedykolwiek widziano. Jej skrzydełka lśniły czerwienią jak maki w słońcu, a czarne kropki wyglądały niczym rozsypane po niebie gwiazdy.
Każdego ranka biedronka siadała na źdźble trawy, przeglądała się w kropli rosy i cichutko liczyła swoje kropki.
– Jedna, druga, trzecia… wszystkie są! – nuciła z zadowoleniem.
Pewnego ranka stało się jednak coś strasznego. Kiedy rozłożyła skrzydełka do lotu, odkryła ze zdumieniem, że… zniknęły wszystkie kropki! Zostały tylko gładkie, czerwone skrzydła.
– Moje kropki! Gdzie są moje kropki?! – zapłakała, a jej łzy spadały na trawę jak maleńkie, błękitne perełki.
Tymczasem sprawca całego zamieszania – zuchwały żuk – chodził po łące dumny jak paw. To on w nocy ukradł kropki biedronce i przykleił je osie, która znana była z tego, że wszystko miała „w nosie”.
– Masz! Teraz będziesz piękniejsza od biedronki! – zaśmiał się żuk.
Ale osa spojrzała na siebie w kałuży, zmarszczyła czoło i zezłościła się strasznie.
– Co ty mi za głupstwa przyklejasz?! Oddaj kropki biedronce, to przecież należy do niej! – zawołała i przegoniła żuka aż pod sam las.
Kropki jednak nie wróciły od razu do właścicielki. Osa, nie wiedząc co z nimi zrobić, sprzedała je musze, a mucha – z jeszcze większą lekkomyślnością – oddała je stonce. Stonka obejrzała kropki bardzo dokładnie. Obróciła się raz w prawo, raz w lewo, spojrzała na swoje pasiaste plecy i westchnęła:
– Kropki są śliczne… ale nie dla mnie. Ja mam paski. I z pasków jestem dumna.
Była to bardzo mądra stonka, która wierzyła, że każdy powinien być sobą. Zapakowała więc kropki do pudełka z liścia łopianu i napisała wielkie ogłoszenie:
„Uwaga, biedronki!
Kto zgubił kropki –
niech przyleci po nie!”
Wieść rozeszła się po całej łące szybciej niż wiatr. Przyleciały biedronki z każdej strony: z maków, spod mleczy, z wysokich traw, a nawet zza strumyka. Jedna przekrzykiwała drugą:
– To na pewno moje kropki!
– Nie, nie! Moje! Ja miałam takie błyszczące!
– Ja je wczoraj zgubiłam!
Tylko jedna biedronka stała cichutko z boku. To ta, która naprawdę straciła swoje kropki. Drżała z nieśmiałości, a łzy spływały jej po policzkach.
– Wszystkie kropki macie… a po cudze sięgacie… – wyszeptała.
Jej słowa były ciche, ale serca słuchających zrobiły się ciężkie.
Stonka wyszła wtedy przed tłum i powiedziała spokojnym, lecz stanowczym głosem:
– Kto chce więcej, niż mu potrzeba, ten może się chciwością udławić. A kto mówi prawdę, nawet przez łzy – tego słowa są najgłośniejsze.
Na łące zapadła cisza. Biedronki spojrzały na siebie. Jedna po drugiej spuszczały głowy, czerwieniły się ze wstydu i odlatywały w milczeniu. Każda niosła w sercu małą naukę – zajrzały w siebie i zobaczyły tam mały cień zachłanności.
Stonka podała pudełeczko zapłakanej biedronce. Gdy ta otworzyła je nieśmiało, kropki same wyskoczyły i z radością wróciły na swoje miejsce, jakby bardzo tęskniły za domem. Skrzydełka znów były piękne – może nawet piękniejsze niż wcześniej. Od tego dnia biedronka była dumna nie tylko ze swoich skrzydełek, ale również z tego, że potrafiła czekać, ufać i mówić prawdę.
Cała łąka zapamiętała tę historię na długo.
Gdy dziś wiatr szepcze w trawach, a biedronki przelatują nad kwiatami, mówi się, że każda z nich ma nie tylko kropki… ale i odrobinę mądrości w sercu.
środa, 27 stycznia 2021
Jeżyk i marzenia
czwartek, 21 stycznia 2021
Abecadło
poniedziałek, 11 stycznia 2021
Zbuntowany kurczak
ZBUNTOWANY KURCZAK
Mały kurczak o poranku,
poszedł postać na przystanku.
Cała rodzina się martwiła,
że kurczaka gdzieś zgubiła.
A on tylko zbuntowany,
uciekł z domu od swej mamy.
Bo mu ciągle doradzała,
pouczała i gdakała!
A ten kurczak niedojrzały,
nie doceniał mądrej mamy!
Wkrótce się przekona o tym,
że te bunty to głupoty!
Na przystanku spotkał sowę,
co ma bardzo mądrze w głowie!
Wysłuchała z uwagą kurczaka,
a z jej dzioba wyszła mądrość taka:
Młodość niestety porad nie lubi,
dopóki się w życiu nie pogubi!
Tekst: Ewa Dafner
piątek, 8 stycznia 2021
Okularnik
OKULARNIK
Ha! Ha! Okulary na nosie!
Tak, a owszem, noszę!
Wcale się tego nie wstydzę,
dzięki nim świetnie widzę!
A kto szydzi z okularników,
sam się domaga przytyków!
Na starość okulary zagoszczą na każdym nosie,
sobota, 17 października 2015
Ślimaki na wyścigach
piątek, 25 września 2015
Dziura i dżdżownica
sobota, 24 stycznia 2015
Leniwiec Teodor
LENIWIEC TEODOR
wszystkie zwierzaki o tym wiedziały!
Często usłyszeć można było w lesie,
Tekst: Ewa Dafner











