Magiczna kraina zawierająca wierszyki, rymowanki, opowiadania, bajki, kolorowanki czyli wszystko to, co twórczością dla dzieci nazwać można. Znajdziesz tutaj również prace plastyczne wykonane przez uczniów szkoły podstawowej :) MILUSIAKOWO - tu jest bajkowo, więc zapraszamy i czarodziejsko wszystkich uśmiechem witamy :) Dobry humor do plecaka zapakuj i do MILUSIAKOWA szybciutko wskakuj :)
środa, 4 marca 2026
Mrówka Józia
niedziela, 1 lutego 2026
O Teodorze, co wisiał wysoko, a widział mało
W samym sercu zielonego lasu równikowego, gdzie liście miały kształt dłoni, a powietrze pachniało deszczem i dojrzałym mango, mieszkał leniwiec o imieniu Teodor.
Nie był to jednak zwyczajny leniwiec, który patrzy na świat spokojnie i milcząco, jakby liczył w myślach krople rosy na paprociach. Teodor miał bowiem rzecz rzadką jak tęcza w porze suchej: wielkie mniemanie o sobie.
Zwisał z gałęzi niczym ozdoba królewskiej sali i przemawiał do dżungli, jakby ta była jego widownią.
— Spójrzcie na mnie, proszę! — mawiał z namaszczeniem. — Żyję nadrzewnie, jak przystało na kogoś o wyższych ideałach. Schodzę grzbietem w dół, bo tak jest… dostojniej. A moje pazury? Ach, moje pazury są jak półksiężyce! I wyobraźcie sobie: nigdy nimi w nosie nie dłubię!
Papugi chichotały w koronach drzew, małpki przewracały oczami, a tukany udawały, że oglądają chmury, bo nie wypadało śmiać się wprost. Ale Teodor nie widział nic poza własnym blaskiem.
— I jeszcze moja sierść! — ciągnął, przeciągając sylaby jakby były słodkie. — Takich barw nie znajdziecie nigdzie. Nawet motyle proszą mnie o radę w sprawie stroju!
Tego dnia, gdy słońce przesączało się przez liście jak złote mleko, pod gałęzią Teodora zatrzymała się mała gąsienica. Miała ciało w zielone paseczki i spojrzenie bystre jak kropla światła.
Słuchała, jak Teodor opowiada o swojej „wyborowej roślinożerności”, o „najszlachetniejszym pysku w tropikach” i o tym, że gdyby świat był sprawiedliwy, na pewno miałby własny pomnik z liany i mchu.
Gąsienica słuchała cierpliwie, bo cierpliwość to jedna z tych cnót, które rodzą się w małych istotach, a w wielkich czasem się gubią. Słuchała, aż w końcu westchnęła tak cicho, że usłyszałby to tylko ktoś, kto naprawdę umie słuchać.
— O rety… — mruknęła pod nosem. — Ileż bzdur potrafi zmieścić się w jednym leniwcu.
Teodor, oczywiście, uznał to za zachwyt.
— Dziękuję — powiedział z godnością. — Wiem, że moje zalety onieśmielają.
Gąsienica uniosła łepek.
— Teodorze — odezwała się miękko, ale stanowczo — powiedz, czy ty w ogóle wiesz, po co ptaki śpiewają?
— Żeby mnie chwalić? — odparł bez wahania.
— Nie. One śpiewają, bo czują. A powiedz, czy ty wiesz, po co rzeka płynie?
— Żeby dodać uroku mojemu krajobrazowi — rzekł Teodor.
Gąsienica przymknęła oczy, jakby sprawdzała, czy to na pewno nie sen.
— Teodorze, a czy ty wiesz… po co się czasem schodzi z gałęzi?
Leniwiec uśmiechnął się pobłażliwie.
— Żeby wszyscy mogli podziwiać, jak pięknie się schodzi.
Wtedy gąsienica podpełzła bliżej, aż dotknęła jego ucha — bo niektóre słowa najlepiej działają, gdy mówi się je tuż przy sercu albo tuż przy uchu.
— Posłuchaj mnie uważnie — szepnęła. — Wszyscy w lesie wiedzą, że jesteś… niezwykły. Masz piękne pazury, cudną sierść i spokojny sposób bycia. Ale jest w tobie coś, co cię unieruchamia bardziej niż twoje leniwe łapki.
— Co takiego? — zdziwił się Teodor.
— Zarozumiałość. Ona nie pozwala ci zobaczyć świata. Bo kiedy patrzysz tylko na siebie, niczego się nie uczysz.
Teodor przez chwilę milczał, jakby pierwszy raz usłyszał własną ciszę. A w ciszy lasu dzieją się rzeczy ważne: wylęgają się decyzje, dojrzewają myśli, prostują się uczucia.
— Ale ja… — zaczął. — Przecież każdy mi zazdrości.
Gąsienica uśmiechnęła się łagodnie.
— Może ktoś zazdrości ci urody. Ktoś inny spokoju. Ktoś jeszcze tego, że potrafisz tak długo wisieć bez skargi. Ale powiem ci coś, co cię może zaskoczyć: zazdrość nie jest miłością. A podziw bez życzliwości jest pusty jak pęknięta skorupka.
Teodor mrugnął powoli.
— Więc co mam robić?
— Zrób rzecz trudną — odparła gąsienica. — Zamiast mówić o sobie, zauważ innych. Zamiast być „naj”, spróbuj być… dobry.
Teodor parsknął cicho.
— Dobry? Ale czy to robi wrażenie?
— O, robi — szepnęła gąsienica. — Tylko nie od razu. Dobro nie hałasuje. Ono rośnie po cichu.
W tej samej chwili w gałęziach rozległ się szelest. Nadleciał koliber, błyskawica w piórach, i zatrzymał się na moment w powietrzu jak zawieszona kropla.
— Widzę, że znów przemawiasz, Teodorze — zadrżał w locie. — Gdyby gadanie dawało prędkość, byłbyś najszybszy w dżungli.
— Ha! — roześmiał się Teodor. — A jednak to ty jesteś szybki.
— Bo ja nie muszę o tym mówić — odpowiedział koliber i zniknął jak myśl.
Teodor spojrzał za nim, a potem na gąsienicę.
— Czy ty… jesteś szybka? — spytał podejrzliwie.
Gąsienica pokręciła głową.
— Nie. Ja jestem powolna. Ale ja mam coś, czego ty jeszcze nie masz.
— Co?
— Odwagę, żeby się zmienić.
I wtedy stało się coś, czego nie spodziewał się nikt — nawet papugi, które zwykle spodziewają się wszystkiego. Teodor, leniwiec dumny i gładki w słowach, opuścił wzrok.
— Chciałbym… spróbować — powiedział cicho. — Tylko nie wiem, od czego zacząć.
Gąsienica wskazała liść obok.
— Od małych rzeczy. Na przykład: pozwól mi przejść po twojej gałęzi pierwszej. A potem… przestań opowiadać o swojej sierści i zapytaj kogoś, jak się dziś czuje.
Teodor milczał chwilę, po czym przesunął się niezdarnie, robiąc miejsce.
— Proszę.
Gąsienica przeszła dostojnie, jakby szła po dywanie z zielonego aksamitu.
A wieczorem, gdy w dżungli zapaliły się świetliki jak rozsypane gwiazdy, Teodor zrobił rzecz jeszcze trudniejszą: nie wygłosił ani jednego zachwytu o sobie. Zamiast tego posłuchał śpiewu ptaków. Zauważył, że mała małpka ma smutne oczy, bo zgubiła ulubiony orzech. Pomógł jej szukać — powoli, cierpliwie, po swojemu.
I choć nie był mistrzem prędkości — nie został nim nigdy — to tej nocy, pierwszy raz w życiu, poczuł się lżejszy, jakby zarozumiałość spadła z niego jak stary liść.
A gąsienica? Ona też miała swoją tajemnicę. Wkrótce zamknęła się w kokoniku, cichutkim jak szept. Minęło trochę czasu, dżungla oddychała dalej, a Teodor — zamiast mówić o sobie — czekał.
Wreszcie z kokonu wyszedł motyl: nie szybszy od kolibra, ale piękny, wolny, delikatny.
Usiadł na gałęzi obok Teodora i poruszył skrzydłami.
— Widzisz? — powiedział motyl (a może to był tylko szelest skrzydeł, który Teodor zrozumiał sercem). — Nie każdy musi być mistrzem prędkości. Ale każdy może zostać mistrzem… życzliwości.
I to jest morał tej bajki, prosty jak ścieżka mrówek i prawdziwy jak deszcz w tropikach:
Nie ten jest wielki, kto mówi o sobie najgłośniej, lecz ten, kto potrafi usłyszeć innych.
wtorek, 9 grudnia 2025
Opowieść Wigilijna
W bloku przy ulicy Srebrnej, jedno po drugim, rozświetlały się okna mieszkań — jakby ktoś rozsypywał drobne, złote gwiazdy. Około godziny osiemnastej z klatek schodowych wypłynął zapach choinek i domu: barszczu, grzybów, maku, ciepłego ciasta. Tylko jedno okno pozostawało ciemne. To na siódmym piętrze.
Tam mieszkała Maja.
Maja miała dziewięć lat, włosy w kolorze kasztanów i oczy tak uważne, jakby ciągle nasłuchiwały świata.
W tym roku Wigilia miała mieć inny smak niż zwykle — brakowało w niej jednego składnika, ważniejszego niż wszystko inne: obecności. Mama pełniła dyżur w szpitalu, tata pracował daleko za granicą, a babcia, która zawsze zapalała pierwszą świecę, odeszła jesienią, zostawiając po sobie zapach lawendy i niedokończone robótki na drutach.
Maja nie zapalała jeszcze lampki. Siedziała na parapecie w grubym swetrze, z kolanami pod brodą, i patrzyła na sąsiedni blok. W każdym oknie ktoś się poruszał: cienie dorosłych krążących między kuchnią a pokojami, dzieci podskakujące z niecierpliwością, migające lampki i łańcuchy na choinkach.
— U mnie kiedyś też tak było — szepnęła.
Wtedy rozległo się delikatne pukanie. Tak ciche, że mogło być tylko złudzeniem. Ale wróciło raz jeszcze — i kolejny raz.
Pukanie do okna.
Na parapecie stała maleńka postać okutana w płaszcz utkany jakby z samego śniegu. Spod kaptura wystawała twarz z brodą jasną jak szron. W dłoniach trzymała latarenkę, w której nie palił się ogień, lecz łagodne, żywe światło.
— Dobry wieczór, Maju — powiedział przybysz głosem ciepłym jak herbata z miodem. — Czy pozwolisz mi się chwilę ogrzać?
Dziewczynka nie zdziwiła się, ani nie przestraszyła. W Wigilię rzeczy niemożliwe mają prawo zdarzać się bez zapowiedzi. Maja wiedziała to od dawna.
— Proszę — szepnęła i uchyliła okno.
Postać zeszła z parapetu i stanęła na dywanie. W powietrzu zrobiło się cieplej, jakby ktoś rozpalił niewidzialny kominek.
— Dlaczego w twoim oknie nie pali się światło? — zapytał.
Maja spuściła wzrok.
— Bo… nie bardzo wiem, dla kogo miałoby się palić.
Staruszek przyjrzał się jej uważnie.
— Czasem światło zapala się właśnie po to, żeby ktoś je dostrzegł.
Postawił latarenkę na stole. Jej blask powoli rozlewał się po pokoju. Dotknął zasłon, półek, pustego talerzyka z opłatkiem. I wtedy zaczęły dziać się rzeczy niezwykłe — a jednak prawdziwe. Na oparciu krzesła pojawił się ciepły koc w gwiazdy. W powietrzu zapachniało pierogami. Na stole stanęło dodatkowe nakrycie. Maja aż otworzyła usta ze zdziwienia.
— To magia Wigilii — powiedział łagodnie staruszek. — Najsilniejsza tam, gdzie jest jej najmniej.
— A kim pan jest? — zapytała w końcu.
— Jestem Strażnikiem Świateł — odparł. — Przez cały rok zbieram drobne iskry, które ludziom wypadają z kieszeni: dobre myśli, przebaczenie, odwagę, której nie starczyło, słowa, których ktoś nie zdążył powiedzieć. W Wigilijną Noc oddaję je tym, którzy najbardziej ich potrzebują.
— A ja czego potrzebuję? — zapytała cicho Maja.
Staruszek spojrzał na nią uważnie.
— Odwagi, by zapalić własne światło, nawet kiedy wydaje się, że jest dla nikogo.
Jakby na potwierdzenie jego słów zadzwonił telefon. Dziewczynka aż podskoczyła.
— Córeczko — odezwała się mama. — Udało się zamienić dyżur. Wrócę szybciej, niż myślałam.
Chwilę później ktoś zapukał do drzwi. Sąsiadka z piątego piętra stała na wycieraczce z talerzem pierogów i nieśmiałym uśmiechem.
— Pomyślałam, że może zjemy dziś razem.
Światło w latarence zadrżało radośnie, a Maja poczuła jak wypełnia ją szczęście.
— Widziałaś? — zapytał Strażnik Świateł. — Świat zawsze odpowiada, gdy ktoś pierwszy zapali iskrę.
— Ale ja jeszcze nic nie zrobiłam…
— Zrobiłaś — otworzyłaś okno.
Maja odwróciła się tylko na chwilę, by zapalić lampkę na stole. Gdy spojrzała znów — staruszka już nie było. Zniknęła też latarenka. Zostało po niej tylko maleńkie, złote światełko, które wtopiło się w płomień świecy.
Tego wieczoru na siódmym piętrze długo świeciło się światło. Było mnóstwo rozmów, wzruszenia i śmiechu. Było też miejsce na ciszę — taką, która nie boli.
A gdzieś wysoko ponad blokami, na granicy śniegu i gwiazd, Strażnik Świateł otworzył swoją niewidzialną księgę i dopisał kolejne imię.
Bo kto raz zapali światło w Wigilię, ten już nigdy nie zostaje sam.
poniedziałek, 8 grudnia 2025
Bajka o kropkach, które uczyły uczciwości
Na skraju pachnącej łąki, tuż przy sosnowym lesie, gdzie trawy falowały jak morze, a kwiaty szeptały swoje tajemnice, żyła biedronka o najpiękniejszych kropkach, jakie kiedykolwiek widziano. Jej skrzydełka lśniły czerwienią jak maki w słońcu, a czarne kropki wyglądały niczym rozsypane po niebie gwiazdy.
Każdego ranka biedronka siadała na źdźble trawy, przeglądała się w kropli rosy i cichutko liczyła swoje kropki.
– Jedna, druga, trzecia… wszystkie są! – nuciła z zadowoleniem.
Pewnego ranka stało się jednak coś strasznego. Kiedy rozłożyła skrzydełka do lotu, odkryła ze zdumieniem, że… zniknęły wszystkie kropki! Zostały tylko gładkie, czerwone skrzydła.
– Moje kropki! Gdzie są moje kropki?! – zapłakała, a jej łzy spadały na trawę jak maleńkie, błękitne perełki.
Tymczasem sprawca całego zamieszania – zuchwały żuk – chodził po łące dumny jak paw. To on w nocy ukradł kropki biedronce i przykleił je osie, która znana była z tego, że wszystko miała „w nosie”.
– Masz! Teraz będziesz piękniejsza od biedronki! – zaśmiał się żuk.
Ale osa spojrzała na siebie w kałuży, zmarszczyła czoło i zezłościła się strasznie.
– Co ty mi za głupstwa przyklejasz?! Oddaj kropki biedronce, to przecież należy do niej! – zawołała i przegoniła żuka aż pod sam las.
Kropki jednak nie wróciły od razu do właścicielki. Osa, nie wiedząc co z nimi zrobić, sprzedała je musze, a mucha – z jeszcze większą lekkomyślnością – oddała je stonce. Stonka obejrzała kropki bardzo dokładnie. Obróciła się raz w prawo, raz w lewo, spojrzała na swoje pasiaste plecy i westchnęła:
– Kropki są śliczne… ale nie dla mnie. Ja mam paski. I z pasków jestem dumna.
Była to bardzo mądra stonka, która wierzyła, że każdy powinien być sobą. Zapakowała więc kropki do pudełka z liścia łopianu i napisała wielkie ogłoszenie:
„Uwaga, biedronki!
Kto zgubił kropki –
niech przyleci po nie!”
Wieść rozeszła się po całej łące szybciej niż wiatr. Przyleciały biedronki z każdej strony: z maków, spod mleczy, z wysokich traw, a nawet zza strumyka. Jedna przekrzykiwała drugą:
– To na pewno moje kropki!
– Nie, nie! Moje! Ja miałam takie błyszczące!
– Ja je wczoraj zgubiłam!
Tylko jedna biedronka stała cichutko z boku. To ta, która naprawdę straciła swoje kropki. Drżała z nieśmiałości, a łzy spływały jej po policzkach.
– Wszystkie kropki macie… a po cudze sięgacie… – wyszeptała.
Jej słowa były ciche, ale serca słuchających zrobiły się ciężkie.
Stonka wyszła wtedy przed tłum i powiedziała spokojnym, lecz stanowczym głosem:
– Kto chce więcej, niż mu potrzeba, ten może się chciwością udławić. A kto mówi prawdę, nawet przez łzy – tego słowa są najgłośniejsze.
Na łące zapadła cisza. Biedronki spojrzały na siebie. Jedna po drugiej spuszczały głowy, czerwieniły się ze wstydu i odlatywały w milczeniu. Każda niosła w sercu małą naukę – zajrzały w siebie i zobaczyły tam mały cień zachłanności.
Stonka podała pudełeczko zapłakanej biedronce. Gdy ta otworzyła je nieśmiało, kropki same wyskoczyły i z radością wróciły na swoje miejsce, jakby bardzo tęskniły za domem. Skrzydełka znów były piękne – może nawet piękniejsze niż wcześniej. Od tego dnia biedronka była dumna nie tylko ze swoich skrzydełek, ale również z tego, że potrafiła czekać, ufać i mówić prawdę.
Cała łąka zapamiętała tę historię na długo.
Gdy dziś wiatr szepcze w trawach, a biedronki przelatują nad kwiatami, mówi się, że każda z nich ma nie tylko kropki… ale i odrobinę mądrości w sercu.
niedziela, 7 grudnia 2025
Zimowa Baśń o Gwiezdnej Iskrze
Tam, gdzie zimowa noc oddychała srebrnym chłodem, a śnieg migotał jak gwiezdny pył, żyła mała dziewczynka o imieniu Lila. Jej chatka stała na skraju lasu, który każdej zimy zamieniał się w wielki, lodowy pałac utkany z cieni i światła. Sosny nosiły na ramionach ciężkie, białe korony, a cisza była tak głęboka, że można było usłyszeć, jak spada pojedynczy płatek.
Pewnej niezwykłej nocy, gdy mróz malował na szybach fantastyczne kwiaty, a księżyc snuł po ziemi mleczne wstęgi blasku, Lila dostrzegła przed chatką coś, co z początku wzięła za zwyczajny płatek śniegu. Lecz ten płatek… świecił jak złoto.
Dziewczynka podeszła ostrożnie. Iskierka drżała cichutko, jakby każde jej drgnięcie było westchnieniem.
— Pomóż mi… — wyszeptała delikatnym głosikiem.
— Zgasnę, jeśli nie wrócę do nieba…
— Do nieba? — szepnęła Lilka, przyklękając. — Jesteś gwiazdą?
— Jestem tylko jej drobinką… zagubionym światłem — odpowiedziała Iskra smutno.
Lila zamknęła ją w dłoniach. Ciepło, które z nich popłynęło, było miękkie jak koc utkany z promieni słońca.
— Pomogę ci. Obiecuję. Nawet jeśli droga będzie długa.
Iskierka rozbłysła jaśniej, jakby się uśmiechała.
— By wrócić do nieba, trzeba dotrzeć na Szczyt Północy… najwyższą górę tej krainy.
— Więc tam pójdziemy — odparła Lila bez wahania.
Dziewczynka ruszyła w drogę, a Las Szeptów przywitał ją cichym szelestem, jakby setki niewidzialnych głosów wirowały między pniami.
— Słyszysz? — zapytała Iskra.
— Tak… las mówi — uśmiechnęła się Lila.
Jedno stare drzewo, oblepione śniegiem jak lukrem, pochyliło się wolno.
— Dokąd idziesz, dziecko zimy? — zapytało skrzypiącym głosem.
— Niosę światło do nieba — odpowiedziała dziewczynka cicho. — Muszę ocalić tę iskrę.
— To piękne zadanie — zaszumiało drzewo. — Niech więc cały las stanie się waszą drogą.
Gałęzie rozsunęły się łagodnie, a pomiędzy drzewami rozbłysła jasna, srebrzysta ścieżka.
Wkrótce dotarły do Zamarzniętego Jeziora. Odbijało gwiazdy tak wyraźnie, że nie było wiadomo, które świecą na niebie, a które pod stopami.
— Boję się — szepnęła Iskra.
— Ja też troszkę — przyznała Lilka. — Ale pójdziemy razem.
Gdy dziewczynka postawiła stopę na lodzie, tafla rozświetliła się błękitnymi liniami, jakby jezioro rozpoznało dawną przyjaciółkę ze światła.
Nagle wiatry zaczęły wirować, splatając się w postać wysoką jak sosna. Był to Wiatr Zawieruchy, strażnik zimowych nocy.
— Nie przepuszczam nikogo podczas burzowej nocy! — zawył.
Śnieg zatańczył w powietrzu jak białe ptaki.
Lila mocniej otuliła iskrę.
— Proszę… ona musi wrócić do domu. A ja… ja tylko chcę pomóc.
— Dlaczego miałbym wam zaufać? — zagrzmiał wiatr.
— Bo światło nie kłamie — wyszeptała dziewczynka.
Iskra rozbłysła nagle tak mocno, że jej blask przeciął ciemność jak złota strzała. Wiatr zadrżał… i ucichł.
— Taki blask widziały tylko pradawne czasy… — wyszeptał poruszony. — Idźcie.
Burza uciszyła się i Lilka z Iskierką ruszyły dalej.
Wreszcie dotarły na najwyższy szczyt, gdzie niebo było tak blisko, że wydawało się, iż wystarczy wspiąć się na palce, by dotknąć gwiazd. Powietrze lśniło niczym kryształ.
Dziewczynka uniosła gwiezdną iskrę wysoko.
— To twój dom — wyszeptała. — Ale jeśli zatęsknisz… będę na ciebie patrzeć.
— Nigdy nie przestanę świecić dla ciebie — odpowiedziała Iskra cichutko. — Szukaj mnie w najjaśniejszej gwieździe zimy.
— Obiecuję — szepnęła Lila ze łzą w oku.
Otworzyła dłonie. Wiatr uniósł iskrę wysoko, coraz wyżej, aż zamieniła się w złoty promień i wskoczyła na nieboskłon.
Tam zapłonęła nowa gwiazda — czysta, jasna, pełna ciepła — którą mieszkańcy nazwali Gwiezdnym Serduszkiem.
Od tej pory jej blask prowadził wędrowców przez śnieżne noce. A Lilka, ilekroć podnosiła wzrok ku niebu, uśmiechała się cicho, wiedząc, że wśród gwiazd ma przyjaciółkę.
wtorek, 2 grudnia 2025
Bajka o zaginionej Gwiazdce
W dalekiej krainie, gdzie nocne niebo mieni się kolorami tańczącej zorzy, mieszkał Mikołaj, znany dzieciom z najpiękniejszych opowieści. Niewielu jednak wiedziało, że jego sanie nie latały wyłącznie dzięki reniferom – unosiły się również dzięki sile dobrych myśli, które Mikołaj zbierał przez cały rok, niczym najcenniejsze klejnoty.Pewnego wieczoru, tuż przed wielką wyprawą z prezentami, zauważył, że najjaśniejsza Gwiazdka, ta, która co roku wskazywała mu drogę, po prostu… zniknęła. Bez niej niebo stało się bardziej czarne, a noc cięższa.
Rudolf podskoczył niespokojnie, a jego czerwony nos zamigotał.
— Bez niej się zgubimy! — zmartwił się.
Mikołaj zamknął oczy i wsłuchał się w ciszę. Wtedy usłyszał drobny, drżący głosik:
— Pomóżcie… tu jestem…
Głos dochodził z Krainy Półcieni, miejsca, do którego trafiały rzeczy i uczucia, o których ktoś choć na chwilę zapomniał. Mikołaj nie zastanawiał się ani chwili — wskoczył na sanie, renifery wzbiły się w powietrze i popędzili w stronę półmroku.
Kraina Półcieni była pełna migoczących, nieśmiałych świateł, jakby uwięzionych pomiędzy odwagą a lękiem. Pośrodku niej siedziała Mała Gwiazdka — lekko przygaszona, promienie miała zwinięte jak skrzydełka.
Mikołaj uklęknął obok niej.
— Dlaczego tu jesteś, maleńka? — zapytał łagodnie.
Gwiazdka westchnęła tak cichutko, że niemal nie było tego słychać.
— Świeciłam każdej nocy, jak potrafiłam najlepiej… ale nikt mnie nie zauważał. Są większe gwiazdy, jaśniejsze, piękniejsze. Pomyślałam, że może jestem nieważna…
Rudolf aż parsknął z niedowierzaniem.
— Nieważna? Bez twojego światła nie trafimy do żadnego domu!
Mikołaj objął Gwiazdkę płaszczem utkanym z zorzy i uśmiechnął się tak ciepło, że półmrok drgnął.
— Każde światło jest ważne. Czasem najmniejszy blask rozprasza największą ciemność. A ja, który widziałem tyle cudów świata, potrzebuję właśnie ciebie.
Gwiazdka poruszyła się niepewnie… potem zabłysła odrobinę… jeszcze trochę… aż w końcu jej światło rozkwitło jak złoty kwiat, rozświetlając Krainę Półcieni.
Wkrótce wrócili na nocne niebo, a Mała Gwiazdka zajęła swoje miejsce — tym razem świeciła z radości, a nie z obowiązku.
Tej nocy każde dziecko, które spojrzało w górę, mogło dostrzec jeden szczególnie jasny punkt — małe, odważne światło, które zrozumiało, że jest potrzebne.
A Mikołaj, lecąc nad światem, zawołał:
— Pamiętajcie, mali i duzi… każdy z was świeci inaczej. I każdy z was jest ważny.
środa, 29 września 2021
Inka, Bzyzio i Ciaplinka - bajka dla małych i dużych :)
INKA,
BZYZIO I CIAPLINKA
Wieczór był wyjątkowo
ciepły. Przez otwarte okno wpadały ostatnie promienie chowającego się za
horyzontem słońca. W pokoju, którego ściany miały kolor zielony, siedziała na
łóżku mała dziewczynka. Inka miała ciemne, długie włosy upięte fantazyjnie
spinką z motylkiem i piękne błękitne oczy.
Pochylała się nad starym
zeszytem, który dostała od babci Marysi. Starsza pani zapisywała w nim różne
różności i ozdabiała niesamowitymi rysunkami. Wyglądał zwyczajnie, na okładce
miał białoszare paski i fioletowe kwiatki. Dziewczynka otworzyła go i zaczęła
czytać…
Podobne do skrzatów, małe, pucate,
z uszami wielkimi, lekko włochate:
Ciaplinka i Bzyzio, stwory łagodne,
ubrane w bajkowe, dziwaczne spodnie.
Na spodniach kieszeni jest ze dwadzieścia,
na każdej mnóstwo guziczków szczęścia.
Bzyzio na głowie ma czapkę niewidkę,
Ciaplinka nosi tęczową czuprynkę.
Podróżują magicznym Chicholotem,
ni to balonem, ni to samolotem.
Machina to dziwna i kolorowa,
okrągła jak bańka i odlotowa.
Napędza ją radość ziemskich dzieciaków,
jak wiatr porusza gromadę wiatraków.
Ciaplinka i Bzyzio sporo latają,
miejsca przeróżne ciągle odwiedzają.
Lecz gdy smutne dzieciaki spotykają,
do Chicholotu paliwa nie mają.
Szybko spadają na miejsce bez śmiechu,
szukają kryjówki w wielkim pośpiechu.
„Hop! Siup! Ciaplinko!” – Bzyzio wykrzykuje.
Chicholot się już miniaturyzuje!”
Pojazd staje się malutki jak kropka,
Bzyzio go chowa do kieszeni w portkach.
Do Chicholandii poszukują przejścia –
Ciaplinka już odkryła tajne wejścia.
Dla ludzi to prawdziwa tajemnica –
o Chicholandii prawie nikt nie słyszał.
Wszystkie Chichotniki tam zamieszkują,
w bańkach mydlanych często przesiadują.
Bzyzio już wskoczył do swojej banieczki,
Ciaplinka robi śmieszne kanapeczki.
„Już czas na guziczki szczęścia Ciaplinko!”
Bzyzio powiedział to z poważną minką.
Inka z wypiekami na twarzy czytała dalej…
„Pierwszy wyślemy do malutkiej Zosi,
jej buzia uśmiechy tak ładnie nosi.”
Ciaplinka już guziczek oderwała,
mocno go ścisnęła i powiedziała:
„Niechaj Chicholandii magia zadziała,
tak, żeby się wciąż mała Zosia śmiała!”
Guzik niesamowicie się nadmuchał,
zaczął głośno bzyczeć jak głodna mucha.
Nagle zniknął jak igła w stogu siana,
będzie u Zosi z samiuśkiego rana.
Do Śniegolandii w podróż się wybiorą,
tam Śniegoludy z dworca ich odbiorą.
Wielkie, radosne i futerko mają,
taką piosenkę codziennie śpiewają:
Trochę
śniegu, wyobraźni,
tak
powstaje świat fantazji!
Śniegolandia
to kraina –
niczym
śniegowa pierzyna!
W
Śniegolandii śniegowanie,
buzie
całe roześmiane!
Hi,
hi, ha, ha, hi, hi, ha, ha!
Śniegolandia
do was macha!
Śniegoludy
tu mieszkają,
które
śnieg wręcz uwielbiają!
tworzą
z niego piękne rzeźby,
pracują
bez żadnej przerwy!
W
Śniegolandii śniegowanie,
buzie
całe roześmiane!
Hi,
hi, ha, ha, hi, hi, ha, ha!
Śniegolandia
do was macha!
Cuda,
cudeńka powstają,
wszystkich
wokół zachwycają!
Śniegolandia
skrzy się, mieni,
blask
ze szlachetnych kamieni!
W
Śniegolandii śniegowanie,
buzie
całe roześmiane!
Hi,
hi, ha, ha, hi, hi, ha, ha!
Śniegolandia
do was macha!
Śniegoludy
też śniegują,
wciąż
śnieżkami atakują!
Śnieg
wiruje w tej krainie,
w
białym puchu wszystko ginie!
W
Śniegolandii śniegowanie,
buzie
całe roześmiane!
Hi,
hi, ha, ha, hi, hi, ha, ha!
Śniegolandia
do was macha!
Zosia i Śniegoludy już śniegują,
wszyscy przy tym zabawnie podskakują.
Magia Chicholandii tak zadziałała,
swoją tajemną moc wykorzystała.
Bzyzio i Ciaplinka w bańkach wirują,
kolejną porcję magii przywołują.
Niesamowite to wszystko – dziewczynka aż zapiszczała z
radości. Nie mogła się doczekać jakież to inne dziwne miejsca odwiedzą Bzyzio i
Ciaplinka.
Teraz kolej na Marcinka smutnego,
Bzyzio ma dla niego coś specjalnego.
Guzik już w swojej małej rączce trzyma,
jego zaklęcie tak się rozpoczyna:
„Niechaj Chicholandii magia zadziała,
tak, żeby Marcinka radość porwała!
Guziczku podaruj mu przyjaciela,
niech go codziennie rano rozwesela!”
Guzik niesamowicie się nadmuchał,
zaczął głośno bzyczeć jak głodna mucha.
Nagle zniknął jak igła w stogu siana,
będzie u Marcinka z samego rana.
Chłopiec dostanie stwora niezwykłego,
posłuchaj o nim wierszyka krótkiego:
Kieszonkowe
Rozśmieszaki –
to
malutkie przytulaki!
Siedzą
w kieszonkach schowane,
kolorowo
są ubrane!
Śmieją
się, chichoczą stale,
rozśmieszają
doskonale!
Gdy
ci smutno jest od rana,
mina
twoja zatroskana:
Rozśmieszaka
weź z kieszeni,
twoja
buzia wnet się zmieni!
Wielki uśmiech cię dopadnie,
a smuteczek w mig przepadnie!
Marcinek już polubił
przyjaciela,
Rozśmieszak go od rana
rozwesela.
Magia Chicholandii tak zadziałała,
swoją tajemną moc wykorzystała.
Bzyzio i Ciaplinka w bańkach wirują,
kolejną porcję magii przywołują.
Takie kieszonkowe Rozśmieszaki przydałyby się każdemu
dziecku… I dorosłemu też… – pomyślała dziewczynka i szybciutko wróciła do
zeszytu babci Marysi:
Ciaplinka trzyma następny
guziczek:
„Moje magiczne zaklęcie
wykrzyczę!
Oliwkę i Julkę rozweselimy
–
siostry bliźniaczki z
malutkiej mieściny.
Niechaj Chicholandii magia zadziała,
tak, by radość w ich sercach zamieszkała!”
Guzik niesamowicie się nadmuchał,
zaczął głośno bzyczeć jak głodna mucha.
Nagle zniknął jak igła w stogu siana,
będzie u dziewczynek z samego rana.
Do Śmiechutkowa obydwie pojadą,
razem z guzikiem, żółtą autostradą.
Dziwna to bardzo kraina Śmiechutków –
miniaturowych, żółtych krasnoludków.
Żółte jest wszystko w całym Śmiechutkowie,
to kolor radości – każdy to powie:
Żółty
Śmiechutek smutnieje,
gdy
jego kolor zbieleje!
Skacze
on wtedy na chmury,
napić
się pewnej mikstury:
soku
z owoców tęczowca,
mieszanka
– rozśmieszająca.
Tęczowce
na tęczy rosną,
są
żółte i pachną wiosną.
Śmiechutki
sokiem częstują,
tych
co się rzadko radują.
Dziewczynki w Śmiechutkowie soczek piją,
są radosne – ze śmiechu ledwo żyją.
Magia Chicholandii tak zadziałała,
swoją tajemną moc wykorzystała.
Bzyzio i Ciaplinka w bańkach wirują,
kolejną porcję magii przywołują.
Do Śmiechutkowa chętnie zabrałabym wszystkie koleżanki
z mojej klasy – Inka snuła kolorowe wizje na temat pobytu w magicznym miejscu.
Zobaczmy co będzie dalej…
Czas na nowy guzik! – Bzyzio pomyślał –
do domu dziecka swoje myśli wysłał.
Tutaj potrzeba guziczka specjalnego –
do zadań niezwykłych przeznaczonego.
Teraz pora wypowiedzieć zaklęcie,
Bzyzio je powie kręcąc się na pięcie:
„Niechaj Chicholandii magia zadziała,
tak, żeby dzieciaki radość porwała!
Guziczku weź ich do Miluśniakowa,
tam, gdzie prawdziwa zabawa się chowa!”
Guzik niesamowicie się nadmuchał,
zaczął głośno bzyczeć jak głodna mucha.
Nagle zniknął jak igła w stogu siana,
będzie u dzieciaków z samego rana.
Miluśniakowo to miasto Milusiów,
wszyściutko jest tutaj zrobione z pluszu.
Milusie wielkie kule z niego tworzą,
na które wskakują i tak gaworzą:
Pluszuj
z nami i kulami,
machaj
mocno kończynami,
potoczymy
się w nieznane,
wszystkie
buzie roześmiane.
To
Milusie nadciągają,
które
plusz bardzo kochają.
Na
pluszowych kulach gnamy,
Kto
jest chętny? Zapraszamy!
Dzieciaków nie trzeba było namawiać,
prędziutko zaczęły na kule wsiadać.
I tak się wielka przygoda zaczęła,
Miluśniakowo – radość ogarnęła.
Magia Chicholandii tak zadziałała,
swoją tajemną moc wykorzystała.
Hmm… Chciałabym znaleźć
guziczek szczęścia – pomyślała Inka i odłożyła babciny zeszyt do drewnianej
skrzynki. Często jestem smutna, ale nie tak często jak moja mamusia. Tak bardzo
chciałabym sprawić, żeby zawsze się uśmiechała i była szczęśliwa…
Tata Inki zmarł kilka lat
temu i od tego czasu jej mama nie była tak radosna jak kiedyś. Rzadko na jej
twarzy gościł uśmiech, który Inka tak lubiła. Dziewczynka cicho westchnęła i
położyła się do swojego łóżeczka. Zasypiając myślała o magicznych miejscach,
które opisywał wierszyk.
Następnego dnia obudziła
się dość wcześnie. Była sobota. Inka lubiła soboty, ponieważ mama miała wtedy
dużo czasu tylko dla niej. Szybciutko się umyła, ubrała i poszła do kuchni, do
której zwabił ją cudowny zapach. Na stole stał talerz pełen naleśników z
owocami, ale nie było mamy. Nie było jej też w innych pomieszczeniach. Może
gdzieś wyszła i zapomniała o mnie? – zmartwiła się dziewczynka. Nagle
dostrzegła obok talerza mały, okrągły przedmiot. To guzik! Srebrny, błyszczący
guzik! Przypomniała sobie o guziczkach szczęścia i ciarki przeszły jej po
plecach. Niemożliwe, przecież takie rzeczy się naprawdę nie zdarzają –
pomyślała. Sięgnęła po guzik i gdy tylko jej ręka go dotknęła, Inka poczuła, że
dzieje się coś niesamowitego. Malutki guziczek zaczął puchnąć, stawał się coraz
większy i większy, aż sięgnął sufitu. Pojawiły się na nim okrągłe drzwi z okrągłą
klamką. Inka stała i nie mogła wydusić z siebie słowa, bardzo się bała, ale
postanowiła pociągnąć za klamkę. Uchyliła delikatnie drzwi i dostrzegła w
środku kolorową mgłę, która kształtem przypominała zjeżdżalnię, taką jaka
często jest w aquaparkach. Nad zjeżdżalnią był napis utworzony z białej mgły: Zjeżdżalnia
do Chopsiupkowa. Hmm… Co to jest Chopsiupkowo? – zaczęła zastanawiać się
dziewczynka – Nie znam takiego miejsca. I wtedy przypomniała sobie o tych
wszystkich dziwnych krainach, do których Bzyzio i Ciaplinka wysyłali smutne
dzieci. A może oni jednak istnieją? Muszę to sprawdzić. Zostawię tylko liścik
dla mamy, żeby się nie martwiła. Zaraz… Tylko co ja napiszę? Że zjechałam do Chopsiupkowa?
Mama pomyśli, że zwariowałam. Inka nie miała pojęcia co zrobić i wtedy jeszcze
raz spojrzała w kierunku kuchennego stołu. Leżała na nim mała koperta, której
wcześniej Inka nie zauważyła. Dziewczynka sięgnęła po nią – w środku znajdowała
się okrągła karteczka, na której ktoś kolorowymi literkami napisał: Inko! Twoja
mama jest w Chopsiupkowie. No to teraz już muszę tam zjechać – pomyślała mała
Inka i wskoczyła na zjeżdżalnię.
Przejazd był krótki i po
chwili dziewczynka wylądowała na czymś kolorowym. Było to coś w rodzaju ulicy,
ale miało na powierzchni bąble. Dookoła stały domy, też całe z bąbli, drzewa zamiast
liści miały bąble, chmury były utworzone z bąbli, a słońce było jednym, wielkim
bąblem. Niesamowite miejsce, wszystko wygląda tak jakby było zrobione z baniek
mydlanych poprzyklejanych do siebie – Inka nie mogła wyjść z podziwu – Ciekawe kto
tutaj mieszka? Postanowiła poznać to tajemnicze miejsce. Chodziło się niełatwo,
ponieważ wszystko było półokrągłe i wystające. Inka potykała się co jakiś czas,
lecz upadanie na kolorowe bańki sprawiało jej dużą przyjemność i niesamowicie
ją bawiło. Łatwiej było skakać, jak na trampolinie, niż chodzić, co też
dziewczynka zaczęła robić. W Chopsiupkowie było coś jeszcze, co wywoływało
radosne wspomnienia w Ince – pachniało naleśnikami i czekoladą. Zapach
naleśników przypomniał jej o tym, że jest głodna. No tak, nie zjadłam
śniadania, wszystko przez ten guzik. – pomyślała i skakała dalej. Właśnie
szykowała się do kolejnego skoku, gdy z bąblastej chmury zeskoczył kolorowy
stworek. Miał dużą, okrągłą głowę, ręce i krótkie nogi z wielkimi, okrągłymi
stopami. Na jego buźce gościł promienny uśmiech i widać było małe, bielutkie
jak śnieg, zęby.
- Chcesz naleśnika z czekoladą? – zapytał dziwny
stwór.
- Kim jesteś i dlaczego mnie straszysz? – krzyknęła
przerażona Inka.
- Wcale nie straszę. Jestem chopsiupkiem, lubię
skakać, a na imię mam Tin! A ty jesteś pewnie Inka, do której Bzyzio i
Ciaplinka wysłali guzik? Zgadza się? – stworek miał przyjemnie brzmiący głos.
- No, tak, jestem Inka. Szukam mamy, która tu podobno
jest… – w głosie Inki słychać było wahanie.
- To dobrze trafiłaś! Twoja mama jest w cukierni „Pod Bańką
Mydlaną” i czeka na ciebie. Zaprowadzę cię do niej, a potem ja i inne chopsiupki
wyczarujemy dla was cudowną niespodziankę. Teraz złap mnie za rękę i nabierz
dużo powietrza, tak, żeby twoje policzki zrobiły się podobne do baloników. Inka
zrobiła tak jak powiedział chopsiupek i poczuła, że pod nogami wyrosła jej
wielka bańka, która zaczęła podskakiwać. Dziewczynka piszczała z zachwytu –
skoki na bańce, w towarzystwie nowego znajomego, były fantastycznym przeżyciem.
Podskakiwali aż po same chmury, o które obijali się głowami. W oddali pojawiły
się inne skaczące chopsiupki – większe i mniejsze, każdy miał inny zestaw
kolorów na sobie. Chopsiupki miały skórę w łatki, a ich malutkie, okrągłe
brzuszki śmiesznie podskakiwały w trakcie wykonywania skoków. Inka i Tin
dołączyli do nich.
- To jest Inka, której mamę już znacie. Musimy się
postarać, żeby obydwie przeżyły niezapomnianą przygodę w Chopsiupkowie –
powiedział Tin do pozostałych. Wszyscy w poskokach oddalili się w stronę żółtopomarańczowej
budowli. Budynek okazał się cukiernią „Pod Bańką Mydlaną”. Inka nigdy nie
widziała takich ciastek w żadnej ziemskiej cukierni. Przez bańkową szybę można
było dostrzec mnóstwo okrągłych półek, na których leżały najpiękniejsze wypieki
na świecie. Przy okrągłym stoliku, nakrytym obrusikiem w czerwone serduszka,
siedziała mama Inki. Dziewczynka weszła do środka i pobiegła w jej stronę.
- Mamo, mamo, jesteś! Świetnie się bawiłam skacząc na
bańce! Tutaj jest tak pięknie! Pachnie czekoladą! I te chopsiupki takie
niezwykłe! – Inka nie kryła radości i ściskała mamę najmocniej jak potrafiła.
- Córeczko, tak się cieszę, że cię widzę! To prawda,
to cudowne miejsce i takie niezwykłe, a chopsiupki to chodząca, a właściwie
skacząca, słodycz! A ta cukiernia to prawdziwy raj dla łasuchów! – zachwycała
się mama Inki.
Do cukierni weszły też chopsiupki, rozsiadły się przy
stolikach i zaczęły ucztować. Niezwykle kolorowe ciastka zagościły na
talerzykach i każdy chopsiupek z ochotą zabrał się do pałaszowania słodkości.
Natomiast Tin przyniósł dla mamy i córki dwa kawałki tortu z kremem w kolorach
tęczy. To jest specjalność naszej cukierni – powiedział – tort „Tęczowe
zapomnienie”. Dzięki niemu przeżyjecie coś niezwykłego. – Tin mówił z wielkim
przejęciem – Zabierzemy was na plac zabaw, który na pewno wam przypadnie do
gustu. Po takiej zachęcie Inka i jej mama wzięły po kawałku ciasta i zaczęły
jeść…
- Mamo! Mam dziwne ciało! Jest jakieś takie miękkie!
Jak ptasie mleczko! Ja chyba jestem ptasim mleczkiem! I mam ubranie z
czekolady! Jak to komuś w szkole opowiem to nikt mi nie uwierzy! – krzyczała
Inka i klepała się po puszystym brzuszku.
Mama Inki też wyglądała dziwnie – jak kłębek waty
cukrowej, miała swoją twarz, ręce, nogi, ale reszta ciała nie była podobna do ciała
człowieka.
- O! Widzę, że przemiana się dokonała! Zabieram was na
plac zabaw, jakiego nie znacie! – krzyknął Tin – Chodźcie za mną! Wybiegli z
cukierni i udali się w kierunku bańki w kolorze czerwonym. Wskakujcie! – Tin
otworzył małe drzwiczki, za którymi nie było nic widać. Inka i jej mama
wskoczyły do środka i wylądowały na przyjemnej, miękkiej piance o zapachu
truskawkowym. Tin znalazł się tuż obok.
- To jest trampolina zrobiona z kremu truskawkowego. Zaraz
przylecą bezowe chmurki, będziemy z nich skakać do tej masy! – zakomunikował chopsiupek.
Zabawa była przednia – Inka wykonała chyba setki skoków do truskawkowego kremu,
a jej mama zrobiła ich chyba z dwieście.
Kolejną atrakcją był gigantyczny tort, w którym obie drążyły
korytarze, jak dżdżownice. Inne chopsiupki też tam były i któryś wymyślił
zabawę: Kto pierwszy znajdzie trzy wisienki ukryte w czekoladowym kremie ten
wygrywa! Inka kopała jak prawdziwy krecik, a właściwie to jak wielki kret,
szukając wiśni, ale niestety pierwszy był Tin. Prześlizgiwanie się pomiędzy
warstwami kremu i ciasta też było fajne – przypominało czołganie się pod
wielkim, puszystym dywanem. Inka była zachwycona i wcale nie chciała opuszczać
wielgachnego tortu, ale chopsiupki oznajmiły, że teraz czas zaliczyć szaleństwo
na wielkiej górce. Wszyscy więc pobiegli w stronę góry zrobionej z waniliowych
lodów. To dopiero była atrakcja! Zjeżdżało się z niej na specjalnych czarnych,
okrągłych ciasteczkach, które poruszały się z dużą prędkością. Ince najbardziej
podobało się, gdy ciasteczko wyrzucało ją do góry – lądowała wtedy buzią w
lodach, których mogła się najeść do woli. Z tej samej górki można było się
turlać w naleśniku. Specjalna maszyna, nazywana Chopsiupnikiem, owijała
ochotnika w naleśnik, a następnie wypluwała na górę i zaczynało się dzikie
kulanie. Mamie Inki ta atrakcja najbardziej przypadła do gustu.
- Teraz do popcornowego basenu! – krzyknął Tin i
pozostałe chopsiupki ustawiły się w rzędzie. Złapały się za ręce i zaczęły
śmiesznie bulgotać. Po chwili nadleciał ogromny balon. Był niczym gigantyczna
bańka mydlana mieniąca się pięknie kolorami tęczy. Chopsiupki, jeden po drugim,
zaczęły wskakiwać do środka. Inka i jej mama też zostały wciągnięte do wnętrza
balonu. Chopsiupki znowu zabulgotały i z dachu bańki zaczął sypać się popcorn.
Było go coraz więcej i więcej, aż zapełnił wszystkie wolne przestrzenie. Balon powoli
zaczął się obracać. Inka odkryła, że w tej popcornowej masie świetnie się
pływa. Złapała mamę za rękę i zaczęły nurkować w popcornie. Śmiech dziewczynki
słychać było w całym Chopsiupkowie. Czas mijał szybko, aż nadszedł moment,
którego Inka bała się najbardziej…
- Musicie już wracać do swojego świata. – powiedział
Tin i wyjął z kieszonki mały, błyszczący guzik.
- Nie! Proszę, chcemy zostać! Dawno się tak dobrze nie
bawiłyśmy, prawda mamusiu? – Inka nie kryła rozczarowania.
- Nie możecie zostać. Chopsiupkowy świat pojawia się
tylko na kilka godzin, wtedy, gdy przybywają tutaj specjalni goście, tacy jak
wy, którym trzeba pomóc, kiedy zapominają o tym, że śmiech jest ważny w życiu,
a wszystkie kłopoty, zmartwienia i problemy chociaż na chwilkę trzeba wysłać do
krainy zapomnienia. Mam nadzieję, że czas spędzony tutaj na długo zostanie w
waszej pamięci i nie zapomnicie o mnie i innych chopsiupkach.
Inka i jej mama ze
smutkiem pożegnały się z Chopsiupkowem. Gdy tylko Tin położył srebrny guziczek
na dłoni Inki ten zaczął puchnąć, stawał się coraz większy i większy, a na jego
ścianie pojawiły się okrągłe drzwi z okrągłą klamką. Mama Inki otworzyła je i
razem z córką weszły do środka. Wpadły na tęczową zjeżdżalnię i po krótkiej
podróży wylądowały w kuchni w swoim małym mieszkanku. Na stole stał talerz z
pachnącymi, jeszcze ciepłymi naleśnikami.
- Mamusiu czy to nam się nie śniło? Chopsiupkowo było
takie niezwykłe, chciałabym tam jeszcze wrócić. – powiedziała Inka nie wierząc
w to co jeszcze przed chwilą było tak rzeczywiste.
- Córeczko! Co ty wygadujesz? Jakie Chopsiupkowo? –
mama była wyraźnie zdziwiona. – Nie powinnaś czytać tych wszystkich fantastycznych
opowieści przed snem.
- Mamo, przecież przed chwilą byłyśmy w Chopsiupkowie!
W popcornowym basenie! Nic nie pamiętasz? – Inka nie kryła rozczarowania.
- Nie, nie wiem o czym mówisz. – zdziwienie mamy było
jeszcze większe.
- Więc, posłuchaj… Inka zaczęła opowiadać o przygodach
w Chopsiupkowie.
- Niesamowite… - powiedziała mama – Dawno się tak nie
ubawiłam słuchając bajki.
- Mamo! To nie jest bajka! – Inka nie dawała za
wygraną. – To się zdarzyło dzisiaj! Byłaś tam ze mną! W kieszeni swetra
powinnaś mieć mały, srebrny guzik. Sprawdź! Mama sięgnęła do kieszeni, ale ta
była pusta.
Zawiedziona Inka poszła
do swojego pokoju. Wyjęła ze skrzynki zeszyt należący do babci i otworzyła w
miejscu, w którym był wierszyk o Bzyziu i Ciaplince. Zdziwiona odkryła, że
wierszyk ma dodatkowy fragment:
Bzyzio i Ciaplinka w bańkach wirują,
kolejną porcję magii przywołują.
Ciaplinka trzyma kolejny
guziczek:
„Moje magiczne zaklęcie
wykrzyczę!
Inkę i jej mamusię rozbawimy,
niech zakosztują radości
dziewczyny.
Niechaj Chicholandii magia zadziała,
tak, by radość w ich sercach zamieszkała!”
Guzik niesamowicie się nadmuchał,
zaczął głośno bzyczeć jak głodna mucha.
Nagle zniknął jak igła w stogu siana,
będzie u Inki i jej mamy z rana.
Do Chopsiupkowa na zjeżdżalni zjadą,
kraina to pachnąca czekoladą.
Urocze chopsiupki w niej zamieszkują,
od rana słodkości wciąż pałaszują.
W dużej cukierni „Pod Bańką Mydlaną”,
rozgości się Inka ze swoją mamą.
Potem z chopsiupkami przeżyją magię,
a cały smutek Inki – precz przepadnie!
Fantastyczny plac zabaw też odwiedzą,
przepysznych słodkości się tam najedzą.
Będzie trampolina, zjeżdżalnia i tunele,
popkornowy basen – radości wiele.
Inka już swoją przygodę przeżywa,
kto marzyć nie przestaje – ten wygrywa.
Magia Chicholandii tak zadziałała,
swoją tajemną moc wykorzystała.
- A jednak tam byłam! – Inka nie kryła zadowolenia. Nagle
usłyszała krzyk mamy dobiegający z kuchni. Zerwała się i pobiegła ile sił w
nogach. Mama była blada i klęczała na podłodze. Na środku kuchni stał wielki
guzik, ten sam, do którego rankiem weszła Inka.
- Inko! Inko! Znalazłam ten mały, srebrny guzik, o
którym wspominałaś. Leżał pod stołem. Jak tylko go dotknęłam zaczął rosnąć i
teraz zajmuje całą kuchnię. A tutaj z boku ma jakieś drzwi! – mama była
przerażona i mówiła tak szybko, że córka z trudem ją rozumiała.
- Mamusiu nie bój się! To jest właśnie guzik z mojej
opowieści. Jeżeli otworzymy drzwi to przeżyjemy kolejną wspaniałą przygodę,
którą, mam nadzieję, tym razem, zapamiętasz i uwierzysz w moją dzisiejszą
opowieść. Możemy się wybrać do Śniegolandii, Miluśniakowa lub Śmiechutkowa.
Bzyzio i Ciaplinka już się o to postarają!
- Dziecko co ty wygadujesz? Jaka Ciaplinka? Jaki
Bzyzio? Śmiechutkowo? Miluśniakowo? Śniegolandia? Co to za miejsca? – mama Inki
była przerażona coraz bardziej.
Inka już nic nie wyjaśniała, wzięła mamę za rękę,
uśmiechnęła się do niej i pociągnęła za klamkę, która otwierała okrągłe drzwi
guzika. Obydwie zniknęły za tajemniczymi drzwiami.
Co tam przeżyły? Jesteście ciekawi? Drzwi do krainy
fantazji można znaleźć wszędzie – trzeba tylko dobrze poszukać…
Bzyzio i Ciaplinka w bańkach wirują,
kolejną porcję magii przywołują.
Dla kogo ta magia jest przeznaczona?
Kogo radość weźmie w swoje ramiona?
Guziki szczęścia możesz znaleźć wszędzie,
wtedy przygoda niezwykła przybędzie.
Bzyzio i Ciaplinka czarują w nocy,
więc szybko wieczorem zamykaj oczy.
Gdy porwie cię cudowna snów kraina,
to guziczek szczęścia działać zaczyna!
Tekst i grafika: Ewa Dafner





