Pokazywanie postów oznaczonych etykietą magia świąt. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą magia świąt. Pokaż wszystkie posty

środa, 24 grudnia 2025

Gdy choinka mruga światełkami – świąteczne życzenia dla dzieci


W tę cichą, gwiaździstą noc,
gdy choinka mruga światełkami,
niech spełnią się dziecięce marzenia –
te małe, wielkie i zupełnie zaczarowane.
Niech Święta przyniosą Wam śmiech, ciepło i dobro,
które zostanie z Wami na cały rok.

Niech pod choinką czeka nie tylko prezent,
ale też radość, przytulenie i wspólny czas.
Niech serduszka będą pełne miłości,
a każdy dzień Nowego Roku – kolorowy jak bombki na choince.

Kochane Dzieci,
niech Święta Bożego Narodzenia będą jak bajka:
z dobrym początkiem, piękną przygodą
i szczęśliwym zakończeniem.
Niech Wasze marzenia rosną szybciej niż śnieżne płatki,
a uśmiech nigdy nie znika z twarzy.
 

niedziela, 21 grudnia 2025

Bajka o świetliku i prezentach, które nie były najważniejsze

Płatki śniegu przyklejały się do szyb tramwaju jak krótkie myśli, które pojawiają się i znikają, zanim zdążymy je zatrzymać. Hania liczyła przystanki, rysując palcem niewidzialne kółka na zaparowanym szkle. W jej plecaku szeleściła kartka — lista świątecznych życzeń, składana i rozkładana tak wiele razy, że bardziej przypominała mapę niż marzenie. Miasto błyszczało reklamami i lampkami, jakby próbowało powiedzieć: tu znajdziesz wszystko.

A jednak Hania czuła, że to „wszystko” jest jakieś puste.

— Co chciałabyś dostać pod choinkę? — zapytała koleżanka w szkole, nie podnosząc wzroku znad telefonu.

— Jeszcze nie wiem — odpowiedziała Hania zgodnie z prawdą, choć w plecaku miała całą listę odpowiedzi.

Im bliżej było świąt, tym głośniejsze stawały się rozmowy o prezentach. Dorośli porównywali ceny, dzieci — wielkość pudełek. Nawet radio brzmiało tak, jakby śpiewało szybciej i głośniej niż zwykle. Hania miała wrażenie, że świat włożył za ciasną czapkę, która bardzo go uwiera.

Tego popołudnia, wracając z biblioteki, Hania zauważyła pod ławką drobny błysk. Nie był ostry ani krzykliwy — raczej ciepły, jak światło nocnej lampki. Dziewczynka uklękła i przyjrzała mu się uważnie.

— Hej… jesteś prawdziwy? — zapytała szeptem.

— Tak samo jak ty — odpowiedział cichutki głos. — Tylko trochę mniejszy.

To był świetlik. Nie taki z łąki ani z bajki o lesie, lecz miejski — przyzwyczajony do chodników, ławek i ulicznych latarni.

— Zgubiłem drogę — westchnął smutno. — Wszędzie jest tyle świateł, że trudno znaleźć to jedno, które prowadzi do domu.

Hania ostrożnie wzięła go w dłonie, uważając, by go nie spłoszyć.

— Możesz zostać ze mną — powiedziała ciepło. — Przynajmniej dopóki nie odnajdziesz swojej drogi.

Świetlik rozbłysnął jaśniej.

— Lubię, gdy ktoś mówi „zostań”.

Od tej chwili towarzyszył jej codziennie. Dziewczynka zauważyła, że w niektórych miejscach jego blask przygasał  tak było w centrum handlowym.

— Tu jest za dużo „chcę” — mruczał zmęczony.

Na przystanku tramwajowym jaśniał, gdy Hania ustępowała miejsca starszej pani.

— O, widzisz? — mówił wtedy. — Teraz świecę naprawdę.

W domu rozświetlał się najmocniej. Gdy mama odkładała telefon i pytała:

— Jak minął ci dzień?

Albo gdy tata przysiadał na brzegu łóżka i opowiadał historie z dzieciństwa.

— Światło lubi uwagę — powiedział pewnego wieczoru świetlik. — Bez niej nawet najjaśniejsze lampki przestają świecić.

Nadeszła Wigilia i wtedy wydarzyło się coś niespodziewanego: wszystko zgasło. Lampki na choince zamilkły, ekrany pociemniały, a w mieszkaniu zapadła cisza tak głęboka, że słychać było własne myśli.

— I co teraz? — zapytała mama.

— Teraz będziemy razem — odpowiedziała Hania i wyjęła świetlika z kieszeni.

Jego światło było niewielkie, lecz wystarczyło, by zobaczyć uśmiechy. Zapalono świece. Opłatek połamał się trochę krzywo. Ktoś się zaśmiał, ktoś inny opowiedział historię. Czas przestał się spieszyć.

Prezenty były skromne. Książka z dedykacją. Szalik robiony wieczorami na drutach. Rysunek w kopercie. Hania poczuła, że jej lista życzeń przestała być potrzebna.

Po kolacji świetlik zamigotał.

— Już wiem, gdzie jest moje miejsce — powiedział łagodnie.

— Gdzie? — zapytała Hania.

— Tam, gdzie ludzie patrzą na siebie, a nie na pudełka z prezentami.

I zniknął, jakby rozpłynął się w płomieniu świecy.

Od tamtej Wigilii Hania wiedziała, że prezenty potrafią cieszyć, ale nie są sercem świąt. Najważniejsze rzeczy nie mają metek ani cen — są czasem, rozmową i bliskością. I świecą najdłużej, nawet gdy wszystkie lampki już dawno zgasną.

Prezenty mogą być piękne, lecz prawdziwym darem świąt jest uważna obecność i bycie razem.

poniedziałek, 15 grudnia 2025

Świąteczna kraina choinek – kolorowanki

Pewnego zimowego wieczoru, gdy śnieg cicho skrzypiał pod butami, w magicznej krainie wyrosły niezwykłe choinki. Każda z nich była inna – jedna miała gałązki jak miękkie chmurki, inna dumnie nosiła błyszczące ozdoby i lampki, które mrugały niczym gwiazdy na niebie.

Na czubkach choinek lśniły gwiazdy, a między gałązkami ukryły się bombki, cukrowe laski i małe sekrety czekające na odkrycie. Śnieg otulał wszystko spokojem, a zimowe niebo szeptało świąteczne opowieści.

Te choinki marzą tylko o jednym – aby ktoś tchnął w nie kolory. Może zielone jak las, złote jak gwiazdy, a może zupełnie zaczarowane, jak z bajki?

Chwyć kredki, flamastry lub farby i spraw, by ta świąteczna kraina ożyła.

Każda choinka czeka właśnie na Ciebie i Twoją wyobraźnię!






wtorek, 9 grudnia 2025

Opowieść Wigilijna

W bloku przy ulicy Srebrnej, jedno po drugim, rozświetlały się okna mieszkań — jakby ktoś rozsypywał drobne, złote gwiazdy. Około godziny osiemnastej z klatek schodowych wypłynął zapach choinek i domu: barszczu, grzybów, maku, ciepłego ciasta. Tylko jedno okno pozostawało ciemne. To na siódmym piętrze.

Tam mieszkała Maja.

Maja miała dziewięć lat, włosy w kolorze kasztanów i oczy tak uważne, jakby ciągle nasłuchiwały świata.
W tym roku Wigilia miała mieć inny smak niż zwykle — brakowało w niej jednego składnika, ważniejszego niż wszystko inne: obecności. Mama pełniła dyżur w szpitalu, tata pracował daleko za granicą, a babcia, która zawsze zapalała
pierwszą świecę, odeszła jesienią, zostawiając po sobie zapach lawendy i niedokończone robótki na drutach.

Maja nie zapalała jeszcze lampki. Siedziała na parapecie w grubym swetrze, z kolanami pod brodą, i patrzyła na sąsiedni blok. W każdym oknie ktoś się poruszał: cienie dorosłych krążących między kuchnią a pokojami, dzieci podskakujące z niecierpliwością, migające lampki i łańcuchy na choinkach.

— U mnie kiedyś też tak było — szepnęła.

Wtedy rozległo się delikatne pukanie. Tak ciche, że mogło być tylko złudzeniem. Ale wróciło raz jeszcze — i kolejny raz.

Pukanie do okna.

Na parapecie stała maleńka postać okutana w płaszcz utkany jakby z samego śniegu. Spod kaptura wystawała twarz z brodą jasną jak szron. W dłoniach trzymała latarenkę, w której nie palił się ogień, lecz łagodne, żywe światło.

— Dobry wieczór, Maju — powiedział przybysz głosem ciepłym jak herbata z miodem. — Czy pozwolisz mi się chwilę ogrzać?

Dziewczynka nie zdziwiła się, ani nie przestraszyła. W Wigilię rzeczy niemożliwe mają prawo zdarzać się bez zapowiedzi. Maja wiedziała to od dawna.

— Proszę — szepnęła i uchyliła okno.

Postać zeszła z parapetu i stanęła na dywanie. W powietrzu zrobiło się cieplej, jakby ktoś rozpalił niewidzialny kominek.

— Dlaczego w twoim oknie nie pali się światło? — zapytał.

Maja spuściła wzrok.

— Bo… nie bardzo wiem, dla kogo miałoby się palić.

Staruszek przyjrzał się jej uważnie.

— Czasem światło zapala się właśnie po to, żeby ktoś je dostrzegł.

Postawił latarenkę na stole. Jej blask powoli rozlewał się po pokoju. Dotknął zasłon, półek, pustego talerzyka z opłatkiem. I wtedy zaczęły dziać się rzeczy niezwykłe — a jednak prawdziwe. Na oparciu krzesła pojawił się ciepły koc w gwiazdy. W powietrzu zapachniało pierogami. Na stole stanęło dodatkowe nakrycie. Maja aż otworzyła usta ze zdziwienia.

— To magia Wigilii — powiedział łagodnie staruszek. — Najsilniejsza tam, gdzie jest jej najmniej.

— A kim pan jest? — zapytała w końcu.

— Jestem Strażnikiem Świateł — odparł. — Przez cały rok zbieram drobne iskry, które ludziom wypadają z kieszeni: dobre myśli, przebaczenie, odwagę, której nie starczyło, słowa, których ktoś nie zdążył powiedzieć. W Wigilijną Noc oddaję je tym, którzy najbardziej ich potrzebują.

— A ja czego potrzebuję? — zapytała cicho Maja.

Staruszek spojrzał na nią uważnie.

— Odwagi, by zapalić własne światło, nawet kiedy wydaje się, że jest dla nikogo.

Jakby na potwierdzenie jego słów zadzwonił telefon. Dziewczynka aż podskoczyła.

— Córeczko — odezwała się mama. — Udało się zamienić dyżur. Wrócę szybciej, niż myślałam.

Chwilę później ktoś zapukał do drzwi. Sąsiadka z piątego piętra stała na wycieraczce z talerzem pierogów i nieśmiałym uśmiechem.

— Pomyślałam, że może zjemy dziś razem.

Światło w latarence zadrżało radośnie, a Maja poczuła jak wypełnia ją szczęście.

— Widziałaś? — zapytał Strażnik Świateł. — Świat zawsze odpowiada, gdy ktoś pierwszy zapali iskrę.

— Ale ja jeszcze nic nie zrobiłam…

— Zrobiłaś — otworzyłaś okno.

Maja odwróciła się tylko na chwilę, by zapalić lampkę na stole. Gdy spojrzała znów — staruszka już nie było. Zniknęła też latarenka. Zostało po niej tylko maleńkie, złote światełko, które wtopiło się w płomień świecy.

Tego wieczoru na siódmym piętrze długo świeciło się światło. Było mnóstwo rozmów, wzruszenia i śmiechu. Było też miejsce na ciszę — taką, która nie boli.

A gdzieś wysoko ponad blokami, na granicy śniegu i gwiazd, Strażnik Świateł otworzył swoją niewidzialną księgę i dopisał kolejne imię.

Bo kto raz zapali światło w Wigilię, ten już nigdy nie zostaje sam.

środa, 3 grudnia 2025

Bałwanek i Bałwankowa

W samym sercu zimowego podwórka, tuż przy starym, rozłożystym dębie, stał Pan Bałwanek. Otulała go cisza, przerywana jedynie skrzypieniem śniegu i cichym śpiewem wiatru w nagich gałęziach drzew. Miał węglowe oczy, marchewkowy nos i szalik, który dawno stracił swój blask. A jednak najbardziej rzucała się w oczy jego mina — smutna, cicha, pełna tęsknoty.

Stał tak dzień za dniem, nieruchomy, obserwując świat wokół. Widział dzieci, które z daleka przebiegały przez podwórko, słyszał ich śmiech, lecz nikt nie zatrzymywał się przy nim na dłużej. Samotność była zimniejsza niż największy mróz. W jego śnieżnym sercu rodziło się jedno, ciche marzenie — by nie być już samotnym.

Pewnego ranka Ala i Franek wybiegli na podwórko. Mroźne powietrze szczypało ich w czerwone policzki, a oczy lśniły radośnie. Wtedy dostrzegli samotnego bałwanka stojącego przy starym dębie.

— Spójrz, Franek… On jest taki smutny — szepnęła Ala. — Może ulepiemy mu przyjaciela?  Jej słowa zabrzmiały w zimowym powietrzu jak ciche, dobre zaklęcie.

Dzieci natychmiast zabrały się do pracy. Toczyły wielkie, bielusieńkie kule, z których sypał się drobny, iskrzący śnieg. Ich rękawiczki były całe mokre, oddechy zamieniały się w małe obłoczki pary, a śmiech niósł się po całym podwórku. Każda kolejna chwila zbliżała ich do niezwykłego celu.

Wkrótce obok pana Bałwanka stanęła ona — pani Bałwankowa. Smukła jak zimowa dama, z delikatnymi gałązkami zamiast rąk, z uśmiechem jasnym jak promień zimowego słońca. Śnieg na jej sukni lśnił niczym rozsypane diamenty.

Pan Bałwanek spojrzał na nią niepewnie, jakby nie wierzył własnym oczom. A potem stało się coś niezwykłego — jego smutna twarz rozjaśniła się ciepłym, szerokim uśmiechem.

— Witaj — zdawał się szeptać bezgłośnie. — Jak dobrze, że już nie jestem sam.

Bałwankowa patrzyła na niego z łagodnością, a zimowy wiatr delikatnie poruszał jej śnieżną suknią. Od tej chwili pod dębem nie było już cienia smutku. Dzieci biegały wokół, rzucały śnieżkami, lepiły kolejne bałwanki, a całe podwórko wypełniało się śmiechem, ruchem i radością.

Pan Bałwanek i pani Bałwankowa stali obok siebie, dumni i szczęśliwi. Już nie marzli z samotności. Wiedzieli, że są dla siebie — na dobre i na złe, aż do pierwszych, ciepłych promieni wiosny.

Od tamtej pory każdy, kto przechodził przez podwórko, nie widział już jednego, lecz parę bałwanków stojących obok siebie, jakby od zawsze stanowili jedność. I chociaż zostały zrobione ze śniegu, uczyły wszystkich wokół rzeczy najważniejszych.

Nawet w samym sercu zimy największe ciepło rodzi się z obecności drugiego serca.

A przez życie najpiękniej idzie się w duecie.