środa, 14 stycznia 2026

O dżdżownicy Jadwidze, która chciała zabłysnąć i trafiła na haczyk

W cieniu starych wierzb, tam gdzie ziemia pachnie deszczem, a trawa o poranku mieni się rosą, mieszkała dżdżownica o imieniu Jadwiga. Była pracowita i potrzebna, choć mało kto to dostrzegał — bo dżdżownice nie lubią się chwalić. Najczęściej po prostu robią swoje.

Pewnego dnia Jadwiga natknęła się na idealnie okrągłą kroplę wody, która trzymała się liścia jak maleńkie lusterko. Nachyliła się i spojrzała na swoje odbicie.

— No pięknie… — westchnęła. — Taka jestem zwyczajna. Żadnych pasków, kropek, piórek. Tylko ja: obła, ziemista i jednolita. Życie bez ozdób!

Im dłużej patrzyła, tym bardziej psuł jej się humor.

— Dość! — powiedziała wreszcie stanowczo. — Czas na zmianę. Skoro inni potrafią zachwycać wyglądem, ja też spróbuję.

W okolicy słynął z elegancji pewien żuk. Nazywał się Sylwester i miał opinię eksperta od mody. Podobno znał się na wszystkim: od kapeluszy po najdrobniejsze koraliki z pyłku kwiatowego. W dodatku potrafił mówić o strojach tak, jakby były najważniejszą sprawą na świecie.

Jadwiga odszukała jego salon w spróchniałym pniu i nieśmiało zapukała.

— Proszę, proszę… — zamruczał Sylwester, gdy ją zobaczył. Obejrzał ją uważnie, aż Jadwiga poczuła się jak na wystawie. — Widzę, moja droga, że twój styl jest… bardzo naturalny.

— To znaczy, że brzydki? — zapytała cicho.

— Powiedzmy: niewykorzystany — odparł żuk, rozkładając łapki teatralnie. — Ale spokojnie! Od tego tu jestem.

Zaczął krzątać się po salonie, wysuwając szufladki i pudełka.

— Najpierw coś na głowę. O! Berecik z mojej kolekcji. W nocy delikatnie świeci — idealny, żeby nikt cię nie przeoczył.

Jadwiga otworzyła szerzej oczy.

— Nikt? Naprawdę?

— Oczywiście — zapewnił Sylwester z dumą. — A teraz sukienka. Wysmuklająca, z talią podkreśloną tak, że od razu dodaje pewności siebie. W kolorze amarantowym, bo amarant przyciąga spojrzenia. Do tego paseczek pleciony — robota Zenobii stonki, mistrzyni splotów. I kolczyki świderki z butiku modliszki Anielki. Długie, efektowne, wirujące przy każdym ruchu.

Jadwiga słuchała jak zaczarowana. Gdy Sylwester zakończył swoje dzieło, poprowadził ją do kolejnej kropli rosy.

W odbiciu stała dżdżownica zupełnie niepodobna do tej sprzed chwili. Kolorowa, błyszcząca, wyprostowana z dumy.

— Och! — szepnęła Jadwiga. — To ja?

— Ty, tylko w wersji olśniewającej — odparł Sylwester, mrugając porozumiewawczo.

Jadwiga wracała do domu rozradowana. Sunęła sprężyście między kępami trawy, a jej berecik migotał w cieniu liści. Mrówki przystawały, ślimak wystawił rogi, a nawet ważka, przelatując, obejrzała się przez ramię.

— Wreszcie mnie zauważają! — cieszyła się Jadwiga.

Nie pomyślała tylko, że nie każde spojrzenie oznacza zachwyt. Czasem oznacza… okazję.

Ścieżka prowadziła w pobliże stawu. Nad wodą panowała cisza, jakby wszystko przysiadło na moment. Na brzegu stał wędkarz. Nie znał zwyczajów łąki, nie interesowały go marzenia dżdżownic. Patrzył tylko uważnie, czy nie da się choć jednej zwabić. A Jadwiga, w amarantowej sukience i z błyszczącym berecikiem, była widoczna jak kropka jaskrawej farby na zielonym liściu.

Wędkarz mrużył oczy, po czym uśmiechnął się pod nosem.

— O, przynęta sama przyszła — mruknął.

Zanim Jadwiga zdążyła się cofnąć, poczuła szarpnięcie. Zakłuło ją coś ostrego i nagle znalazła się w powietrzu, dyndając na haczyku.

— Ojej… — wyszeptała, a serce zabiło jej szybko jak krople deszczu o kamień.

Z wody wynurzył się karp Zdzich, znany w stawie z tego, że mówił mało, ale trafnie.

— No proszę — burknął, podpływając bliżej. — Widzę, że moda zawitała aż pod mój brzeg.

Jadwiga drżała.

— Ja tylko chciałam być… ciekawsza — przyznała.

Zdzich spojrzał na nią spokojnie.

— Ciekawsza bywa i ziemia po deszczu — odpowiedział. — Nie musi świecić. Pamiętaj, Jadwigo: co błyszczy, to łatwo zauważyć. A to, co łatwo zauważyć, łatwo też złapać.

Słowa karpia były proste, ale jakby od razu uporządkowały Jadwidze myśli.

Na szczęście los tym razem okazał się łaskawy: żyłka zahaczyła o gałązkę, naprężyła się i pękła. Jadwiga spadła na mokrą trawę i szybko zsunęła się w stronę ziemi — tam, gdzie nikt nie łowi na kolor.

Kiedy wszystko ucichło, zdjęła berecik, odpięła kolczyki i odsunęła sukienkę.

Nie poczuła wstydu. Poczuła ulgę.

Nazajutrz poszła do Sylwestra.

— I jak? — zapytał żuk z błyskiem w oku. — Wszyscy padli z wrażenia?

Jadwiga spojrzała na niego poważnie, ale bez złości.

— Wszyscy patrzyli — odpowiedziała. — I właśnie to niemal skończyło się źle. Chciałam być widoczna… a stałam się łatwym celem.

Sylwester zmarszczył czułki.

— Ale przecież miałaś wyglądać olśniewająco!

— Może i wyglądałam — przyznała Jadwiga. — Tylko że ja nie muszę olśniewać. Ja mam inną robotę: spulchniam ziemię, robię tunele, dzięki którym woda i powietrze docierają do korzeni. Kwiaty rosną lepiej, trawa jest mocniejsza. Nikt nie bije mi braw, ale bez takiej „zwyczajności” wszystko funkcjonowałoby gorzej.

Żuk milczał przez chwilę, jakby pierwszy raz pomyślał o czymś innym niż ozdoby.

— Czyli… — mruknął w końcu — urok to nie tylko dodatki?

— Urok to też rozsądek — odpowiedziała Jadwiga łagodnie. — A prawdziwa wartość nie zawsze krzyczy kolorem.

Pożegnała się i wróciła na swoją grządkę. Zwyczajna? Być może. Ale spokojna, mądra i bezpieczna. A to — jak wiedziała już doskonale — jest o wiele ważniejsze niż błyszczący berecik. I nie wszystko, co przyciąga spojrzenia, przynosi szczęście. Czasem nadmierna chęć wyróżnienia się sprowadza kłopoty, a prawdziwy urok kryje się w tym, kim jesteśmy i co dobrego robimy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Wszystkim komentującym MILUSIAKOWO przesyła słoneczny uśmiech :)