Magiczna kraina zawierająca wierszyki, rymowanki, opowiadania, bajki, kolorowanki czyli wszystko to, co twórczością dla dzieci nazwać można. Znajdziesz tutaj również prace plastyczne wykonane przez uczniów szkoły podstawowej :) MILUSIAKOWO - tu jest bajkowo, więc zapraszamy i czarodziejsko wszystkich uśmiechem witamy :) Dobry humor do plecaka zapakuj i do MILUSIAKOWA szybciutko wskakuj :)
środa, 4 marca 2026
Mrówka Józia
niedziela, 1 lutego 2026
O Teodorze, co wisiał wysoko, a widział mało
W samym sercu zielonego lasu równikowego, gdzie liście miały kształt dłoni, a powietrze pachniało deszczem i dojrzałym mango, mieszkał leniwiec o imieniu Teodor.
Nie był to jednak zwyczajny leniwiec, który patrzy na świat spokojnie i milcząco, jakby liczył w myślach krople rosy na paprociach. Teodor miał bowiem rzecz rzadką jak tęcza w porze suchej: wielkie mniemanie o sobie.
Zwisał z gałęzi niczym ozdoba królewskiej sali i przemawiał do dżungli, jakby ta była jego widownią.
— Spójrzcie na mnie, proszę! — mawiał z namaszczeniem. — Żyję nadrzewnie, jak przystało na kogoś o wyższych ideałach. Schodzę grzbietem w dół, bo tak jest… dostojniej. A moje pazury? Ach, moje pazury są jak półksiężyce! I wyobraźcie sobie: nigdy nimi w nosie nie dłubię!
Papugi chichotały w koronach drzew, małpki przewracały oczami, a tukany udawały, że oglądają chmury, bo nie wypadało śmiać się wprost. Ale Teodor nie widział nic poza własnym blaskiem.
— I jeszcze moja sierść! — ciągnął, przeciągając sylaby jakby były słodkie. — Takich barw nie znajdziecie nigdzie. Nawet motyle proszą mnie o radę w sprawie stroju!
Tego dnia, gdy słońce przesączało się przez liście jak złote mleko, pod gałęzią Teodora zatrzymała się mała gąsienica. Miała ciało w zielone paseczki i spojrzenie bystre jak kropla światła.
Słuchała, jak Teodor opowiada o swojej „wyborowej roślinożerności”, o „najszlachetniejszym pysku w tropikach” i o tym, że gdyby świat był sprawiedliwy, na pewno miałby własny pomnik z liany i mchu.
Gąsienica słuchała cierpliwie, bo cierpliwość to jedna z tych cnót, które rodzą się w małych istotach, a w wielkich czasem się gubią. Słuchała, aż w końcu westchnęła tak cicho, że usłyszałby to tylko ktoś, kto naprawdę umie słuchać.
— O rety… — mruknęła pod nosem. — Ileż bzdur potrafi zmieścić się w jednym leniwcu.
Teodor, oczywiście, uznał to za zachwyt.
— Dziękuję — powiedział z godnością. — Wiem, że moje zalety onieśmielają.
Gąsienica uniosła łepek.
— Teodorze — odezwała się miękko, ale stanowczo — powiedz, czy ty w ogóle wiesz, po co ptaki śpiewają?
— Żeby mnie chwalić? — odparł bez wahania.
— Nie. One śpiewają, bo czują. A powiedz, czy ty wiesz, po co rzeka płynie?
— Żeby dodać uroku mojemu krajobrazowi — rzekł Teodor.
Gąsienica przymknęła oczy, jakby sprawdzała, czy to na pewno nie sen.
— Teodorze, a czy ty wiesz… po co się czasem schodzi z gałęzi?
Leniwiec uśmiechnął się pobłażliwie.
— Żeby wszyscy mogli podziwiać, jak pięknie się schodzi.
Wtedy gąsienica podpełzła bliżej, aż dotknęła jego ucha — bo niektóre słowa najlepiej działają, gdy mówi się je tuż przy sercu albo tuż przy uchu.
— Posłuchaj mnie uważnie — szepnęła. — Wszyscy w lesie wiedzą, że jesteś… niezwykły. Masz piękne pazury, cudną sierść i spokojny sposób bycia. Ale jest w tobie coś, co cię unieruchamia bardziej niż twoje leniwe łapki.
— Co takiego? — zdziwił się Teodor.
— Zarozumiałość. Ona nie pozwala ci zobaczyć świata. Bo kiedy patrzysz tylko na siebie, niczego się nie uczysz.
Teodor przez chwilę milczał, jakby pierwszy raz usłyszał własną ciszę. A w ciszy lasu dzieją się rzeczy ważne: wylęgają się decyzje, dojrzewają myśli, prostują się uczucia.
— Ale ja… — zaczął. — Przecież każdy mi zazdrości.
Gąsienica uśmiechnęła się łagodnie.
— Może ktoś zazdrości ci urody. Ktoś inny spokoju. Ktoś jeszcze tego, że potrafisz tak długo wisieć bez skargi. Ale powiem ci coś, co cię może zaskoczyć: zazdrość nie jest miłością. A podziw bez życzliwości jest pusty jak pęknięta skorupka.
Teodor mrugnął powoli.
— Więc co mam robić?
— Zrób rzecz trudną — odparła gąsienica. — Zamiast mówić o sobie, zauważ innych. Zamiast być „naj”, spróbuj być… dobry.
Teodor parsknął cicho.
— Dobry? Ale czy to robi wrażenie?
— O, robi — szepnęła gąsienica. — Tylko nie od razu. Dobro nie hałasuje. Ono rośnie po cichu.
W tej samej chwili w gałęziach rozległ się szelest. Nadleciał koliber, błyskawica w piórach, i zatrzymał się na moment w powietrzu jak zawieszona kropla.
— Widzę, że znów przemawiasz, Teodorze — zadrżał w locie. — Gdyby gadanie dawało prędkość, byłbyś najszybszy w dżungli.
— Ha! — roześmiał się Teodor. — A jednak to ty jesteś szybki.
— Bo ja nie muszę o tym mówić — odpowiedział koliber i zniknął jak myśl.
Teodor spojrzał za nim, a potem na gąsienicę.
— Czy ty… jesteś szybka? — spytał podejrzliwie.
Gąsienica pokręciła głową.
— Nie. Ja jestem powolna. Ale ja mam coś, czego ty jeszcze nie masz.
— Co?
— Odwagę, żeby się zmienić.
I wtedy stało się coś, czego nie spodziewał się nikt — nawet papugi, które zwykle spodziewają się wszystkiego. Teodor, leniwiec dumny i gładki w słowach, opuścił wzrok.
— Chciałbym… spróbować — powiedział cicho. — Tylko nie wiem, od czego zacząć.
Gąsienica wskazała liść obok.
— Od małych rzeczy. Na przykład: pozwól mi przejść po twojej gałęzi pierwszej. A potem… przestań opowiadać o swojej sierści i zapytaj kogoś, jak się dziś czuje.
Teodor milczał chwilę, po czym przesunął się niezdarnie, robiąc miejsce.
— Proszę.
Gąsienica przeszła dostojnie, jakby szła po dywanie z zielonego aksamitu.
A wieczorem, gdy w dżungli zapaliły się świetliki jak rozsypane gwiazdy, Teodor zrobił rzecz jeszcze trudniejszą: nie wygłosił ani jednego zachwytu o sobie. Zamiast tego posłuchał śpiewu ptaków. Zauważył, że mała małpka ma smutne oczy, bo zgubiła ulubiony orzech. Pomógł jej szukać — powoli, cierpliwie, po swojemu.
I choć nie był mistrzem prędkości — nie został nim nigdy — to tej nocy, pierwszy raz w życiu, poczuł się lżejszy, jakby zarozumiałość spadła z niego jak stary liść.
A gąsienica? Ona też miała swoją tajemnicę. Wkrótce zamknęła się w kokoniku, cichutkim jak szept. Minęło trochę czasu, dżungla oddychała dalej, a Teodor — zamiast mówić o sobie — czekał.
Wreszcie z kokonu wyszedł motyl: nie szybszy od kolibra, ale piękny, wolny, delikatny.
Usiadł na gałęzi obok Teodora i poruszył skrzydłami.
— Widzisz? — powiedział motyl (a może to był tylko szelest skrzydeł, który Teodor zrozumiał sercem). — Nie każdy musi być mistrzem prędkości. Ale każdy może zostać mistrzem… życzliwości.
I to jest morał tej bajki, prosty jak ścieżka mrówek i prawdziwy jak deszcz w tropikach:
Nie ten jest wielki, kto mówi o sobie najgłośniej, lecz ten, kto potrafi usłyszeć innych.
środa, 31 grudnia 2025
Bajka o chłopcu z latarenką
W niewielkim miasteczku, gdzie zimą dachy otulał miękki, biały puch, a latem z otwartych okien unosił się słodki zapach jaśminu, mieszkał chłopiec o imieniu Emil. Był cichy i skromny, a jego największym skarbem — stara, drewniana latarenka po dziadku. Nie świeciła mocno; roztaczała jedynie łagodny, złocisty blask, jakby w środku drżała jedna, nieśmiała gwiazdka, która jeszcze nie odważyła się zaświecić pełnią światła.
Często o zmierzchu Emil wychodził na skraj miasteczka, tam, gdzie zaczynał się las — gęsty i milczący. Mieszkańcy powtarzali, że po zachodzie słońca lepiej w te strony nie zaglądać: ścieżki plątały się jak wstążki, a cienie zdawały się mieć własną wolę. Pewnego wieczoru chłopiec usłyszał jednak cichy, urywany płacz dobiegający spomiędzy drzew. Dźwięk był delikatny i kruchy, jakby ktoś wołał o pomoc szeptem.
Serce podpowiedziało mu, by pójść dalej.
Im głębiej wchodził w las, tym gęstszy stawał się mrok. Gałęzie szeleściły nad głową, jak gdyby naradzały się w tajemnicy, a wiatr niósł ze sobą smutną, przeciągłą pieśń. Latarenka drżała w dłoni Emila, lecz wciąż płonęła, wiernie i uparcie. Wreszcie, na niewielkiej polanie, chłopiec dostrzegł dziewczynkę w białej sukience. Siedziała na kamieniu, nieruchoma, blada jak księżyc w zimową noc, i wyglądała tak, jakby ktoś na długo odebrał jej uśmiech.
— Dlaczego płaczesz? — zapytał cicho.
— Zgubiłam drogę do domu — wyszeptała. — A gdy zapada noc, nikt mnie nie dostrzega. Jakbym nie istniała.
Emil uniósł latarenkę, a złoty krąg światła otulił ich dwoje.
— Pójdziemy razem — powiedział łagodnie. — Moje światło jest niewielkie, lecz wystarczy, jeśli będziemy blisko siebie.
Ruszyli w drogę.
Ścieżka wiła się wśród ciemności. Chłodne cienie kładły się im pod nogi, a noc osiadała na świecie niczym ciężki, aksamitny płaszcz. Mimo to latarenka świeciła nieprzerwanie — ciepło, cicho, z wytrwałą cierpliwością. Z każdym krokiem jej blask jakby nabierał mocy, karmiony odwagą i dobrocią chłopca, który ani na chwilę nie wypuszczał jej z dłoni.
Po długiej wędrówce pierwszy, nieśmiały promień świtu przeciął granat nieba. Drzewa rozstąpiły się, odsłaniając stary, zapomniany dom. W jednym z okien migotało jasne, poranne światło, jakby ktoś właśnie zapalał w nim wspomnienie dawnych dni.
Dziewczynka po raz pierwszy się uśmiechnęła.
— Dziękuję — szepnęła. — Nigdy nie lękałam się nocy… bałam się tylko samotności.
W tej samej chwili jej postać zamigotała, jak odbicie gwiazdy w spokojnej wodzie. Po chwili zniknęła, a nad domem rozbłysła jasna, srebrzysta gwiazda — piękna i czysta. Emil zrozumiał wtedy, że odprowadził do domu nie zagubione dziecko, lecz dawną opiekunkę tego miejsca: dobrą, wierną duszę, która przez lata czuwała nad progiem domu.
Chłopiec wrócił do miasteczka z latarenką w dłoni. Od tamtej nocy jej światło już nigdy nie zgasło, a każdy, kto mijał Emila na ulicy, miał wrażenie, że w jego spojrzeniu mieszka spokojna, cicha dobroć.
I aż do końca swoich dni nosił w sercu prostą prawdę:
małe światło w dobrym sercu potrafi rozjaśnić nawet najciemniejszą drogę.
poniedziałek, 8 grudnia 2025
Bajka o kropkach, które uczyły uczciwości
Na skraju pachnącej łąki, tuż przy sosnowym lesie, gdzie trawy falowały jak morze, a kwiaty szeptały swoje tajemnice, żyła biedronka o najpiękniejszych kropkach, jakie kiedykolwiek widziano. Jej skrzydełka lśniły czerwienią jak maki w słońcu, a czarne kropki wyglądały niczym rozsypane po niebie gwiazdy.
Każdego ranka biedronka siadała na źdźble trawy, przeglądała się w kropli rosy i cichutko liczyła swoje kropki.
– Jedna, druga, trzecia… wszystkie są! – nuciła z zadowoleniem.
Pewnego ranka stało się jednak coś strasznego. Kiedy rozłożyła skrzydełka do lotu, odkryła ze zdumieniem, że… zniknęły wszystkie kropki! Zostały tylko gładkie, czerwone skrzydła.
– Moje kropki! Gdzie są moje kropki?! – zapłakała, a jej łzy spadały na trawę jak maleńkie, błękitne perełki.
Tymczasem sprawca całego zamieszania – zuchwały żuk – chodził po łące dumny jak paw. To on w nocy ukradł kropki biedronce i przykleił je osie, która znana była z tego, że wszystko miała „w nosie”.
– Masz! Teraz będziesz piękniejsza od biedronki! – zaśmiał się żuk.
Ale osa spojrzała na siebie w kałuży, zmarszczyła czoło i zezłościła się strasznie.
– Co ty mi za głupstwa przyklejasz?! Oddaj kropki biedronce, to przecież należy do niej! – zawołała i przegoniła żuka aż pod sam las.
Kropki jednak nie wróciły od razu do właścicielki. Osa, nie wiedząc co z nimi zrobić, sprzedała je musze, a mucha – z jeszcze większą lekkomyślnością – oddała je stonce. Stonka obejrzała kropki bardzo dokładnie. Obróciła się raz w prawo, raz w lewo, spojrzała na swoje pasiaste plecy i westchnęła:
– Kropki są śliczne… ale nie dla mnie. Ja mam paski. I z pasków jestem dumna.
Była to bardzo mądra stonka, która wierzyła, że każdy powinien być sobą. Zapakowała więc kropki do pudełka z liścia łopianu i napisała wielkie ogłoszenie:
„Uwaga, biedronki!
Kto zgubił kropki –
niech przyleci po nie!”
Wieść rozeszła się po całej łące szybciej niż wiatr. Przyleciały biedronki z każdej strony: z maków, spod mleczy, z wysokich traw, a nawet zza strumyka. Jedna przekrzykiwała drugą:
– To na pewno moje kropki!
– Nie, nie! Moje! Ja miałam takie błyszczące!
– Ja je wczoraj zgubiłam!
Tylko jedna biedronka stała cichutko z boku. To ta, która naprawdę straciła swoje kropki. Drżała z nieśmiałości, a łzy spływały jej po policzkach.
– Wszystkie kropki macie… a po cudze sięgacie… – wyszeptała.
Jej słowa były ciche, ale serca słuchających zrobiły się ciężkie.
Stonka wyszła wtedy przed tłum i powiedziała spokojnym, lecz stanowczym głosem:
– Kto chce więcej, niż mu potrzeba, ten może się chciwością udławić. A kto mówi prawdę, nawet przez łzy – tego słowa są najgłośniejsze.
Na łące zapadła cisza. Biedronki spojrzały na siebie. Jedna po drugiej spuszczały głowy, czerwieniły się ze wstydu i odlatywały w milczeniu. Każda niosła w sercu małą naukę – zajrzały w siebie i zobaczyły tam mały cień zachłanności.
Stonka podała pudełeczko zapłakanej biedronce. Gdy ta otworzyła je nieśmiało, kropki same wyskoczyły i z radością wróciły na swoje miejsce, jakby bardzo tęskniły za domem. Skrzydełka znów były piękne – może nawet piękniejsze niż wcześniej. Od tego dnia biedronka była dumna nie tylko ze swoich skrzydełek, ale również z tego, że potrafiła czekać, ufać i mówić prawdę.
Cała łąka zapamiętała tę historię na długo.
Gdy dziś wiatr szepcze w trawach, a biedronki przelatują nad kwiatami, mówi się, że każda z nich ma nie tylko kropki… ale i odrobinę mądrości w sercu.
niedziela, 7 grudnia 2025
Zimowa Baśń o Gwiezdnej Iskrze
Tam, gdzie zimowa noc oddychała srebrnym chłodem, a śnieg migotał jak gwiezdny pył, żyła mała dziewczynka o imieniu Lila. Jej chatka stała na skraju lasu, który każdej zimy zamieniał się w wielki, lodowy pałac utkany z cieni i światła. Sosny nosiły na ramionach ciężkie, białe korony, a cisza była tak głęboka, że można było usłyszeć, jak spada pojedynczy płatek.
Pewnej niezwykłej nocy, gdy mróz malował na szybach fantastyczne kwiaty, a księżyc snuł po ziemi mleczne wstęgi blasku, Lila dostrzegła przed chatką coś, co z początku wzięła za zwyczajny płatek śniegu. Lecz ten płatek… świecił jak złoto.
Dziewczynka podeszła ostrożnie. Iskierka drżała cichutko, jakby każde jej drgnięcie było westchnieniem.
— Pomóż mi… — wyszeptała delikatnym głosikiem.
— Zgasnę, jeśli nie wrócę do nieba…
— Do nieba? — szepnęła Lilka, przyklękając. — Jesteś gwiazdą?
— Jestem tylko jej drobinką… zagubionym światłem — odpowiedziała Iskra smutno.
Lila zamknęła ją w dłoniach. Ciepło, które z nich popłynęło, było miękkie jak koc utkany z promieni słońca.
— Pomogę ci. Obiecuję. Nawet jeśli droga będzie długa.
Iskierka rozbłysła jaśniej, jakby się uśmiechała.
— By wrócić do nieba, trzeba dotrzeć na Szczyt Północy… najwyższą górę tej krainy.
— Więc tam pójdziemy — odparła Lila bez wahania.
Dziewczynka ruszyła w drogę, a Las Szeptów przywitał ją cichym szelestem, jakby setki niewidzialnych głosów wirowały między pniami.
— Słyszysz? — zapytała Iskra.
— Tak… las mówi — uśmiechnęła się Lila.
Jedno stare drzewo, oblepione śniegiem jak lukrem, pochyliło się wolno.
— Dokąd idziesz, dziecko zimy? — zapytało skrzypiącym głosem.
— Niosę światło do nieba — odpowiedziała dziewczynka cicho. — Muszę ocalić tę iskrę.
— To piękne zadanie — zaszumiało drzewo. — Niech więc cały las stanie się waszą drogą.
Gałęzie rozsunęły się łagodnie, a pomiędzy drzewami rozbłysła jasna, srebrzysta ścieżka.
Wkrótce dotarły do Zamarzniętego Jeziora. Odbijało gwiazdy tak wyraźnie, że nie było wiadomo, które świecą na niebie, a które pod stopami.
— Boję się — szepnęła Iskra.
— Ja też troszkę — przyznała Lilka. — Ale pójdziemy razem.
Gdy dziewczynka postawiła stopę na lodzie, tafla rozświetliła się błękitnymi liniami, jakby jezioro rozpoznało dawną przyjaciółkę ze światła.
Nagle wiatry zaczęły wirować, splatając się w postać wysoką jak sosna. Był to Wiatr Zawieruchy, strażnik zimowych nocy.
— Nie przepuszczam nikogo podczas burzowej nocy! — zawył.
Śnieg zatańczył w powietrzu jak białe ptaki.
Lila mocniej otuliła iskrę.
— Proszę… ona musi wrócić do domu. A ja… ja tylko chcę pomóc.
— Dlaczego miałbym wam zaufać? — zagrzmiał wiatr.
— Bo światło nie kłamie — wyszeptała dziewczynka.
Iskra rozbłysła nagle tak mocno, że jej blask przeciął ciemność jak złota strzała. Wiatr zadrżał… i ucichł.
— Taki blask widziały tylko pradawne czasy… — wyszeptał poruszony. — Idźcie.
Burza uciszyła się i Lilka z Iskierką ruszyły dalej.
Wreszcie dotarły na najwyższy szczyt, gdzie niebo było tak blisko, że wydawało się, iż wystarczy wspiąć się na palce, by dotknąć gwiazd. Powietrze lśniło niczym kryształ.
Dziewczynka uniosła gwiezdną iskrę wysoko.
— To twój dom — wyszeptała. — Ale jeśli zatęsknisz… będę na ciebie patrzeć.
— Nigdy nie przestanę świecić dla ciebie — odpowiedziała Iskra cichutko. — Szukaj mnie w najjaśniejszej gwieździe zimy.
— Obiecuję — szepnęła Lila ze łzą w oku.
Otworzyła dłonie. Wiatr uniósł iskrę wysoko, coraz wyżej, aż zamieniła się w złoty promień i wskoczyła na nieboskłon.
Tam zapłonęła nowa gwiazda — czysta, jasna, pełna ciepła — którą mieszkańcy nazwali Gwiezdnym Serduszkiem.
Od tej pory jej blask prowadził wędrowców przez śnieżne noce. A Lilka, ilekroć podnosiła wzrok ku niebu, uśmiechała się cicho, wiedząc, że wśród gwiazd ma przyjaciółkę.
środa, 3 grudnia 2025
Bałwanek i Bałwankowa
W samym sercu zimowego podwórka, tuż przy starym, rozłożystym dębie, stał Pan Bałwanek. Otulała go cisza, przerywana jedynie skrzypieniem śniegu i cichym śpiewem wiatru w nagich gałęziach drzew. Miał węglowe oczy, marchewkowy nos i szalik, który dawno stracił swój blask. A jednak najbardziej rzucała się w oczy jego mina — smutna, cicha, pełna tęsknoty.
Stał tak dzień za dniem, nieruchomy, obserwując świat wokół. Widział dzieci, które z daleka przebiegały przez podwórko, słyszał ich śmiech, lecz nikt nie zatrzymywał się przy nim na dłużej. Samotność była zimniejsza niż największy mróz. W jego śnieżnym sercu rodziło się jedno, ciche marzenie — by nie być już samotnym.
Pewnego ranka Ala i Franek wybiegli na podwórko. Mroźne powietrze szczypało ich w czerwone policzki, a oczy lśniły radośnie. Wtedy dostrzegli samotnego bałwanka stojącego przy starym dębie.
— Spójrz, Franek… On jest taki smutny — szepnęła Ala. — Może ulepiemy mu przyjaciela? — Jej słowa zabrzmiały w zimowym powietrzu jak ciche, dobre zaklęcie.
Dzieci natychmiast zabrały się do pracy. Toczyły wielkie, bielusieńkie kule, z których sypał się drobny, iskrzący śnieg. Ich rękawiczki były całe mokre, oddechy zamieniały się w małe obłoczki pary, a śmiech niósł się po całym podwórku. Każda kolejna chwila zbliżała ich do niezwykłego celu.
Wkrótce obok pana Bałwanka stanęła ona — pani Bałwankowa. Smukła jak zimowa dama, z delikatnymi gałązkami zamiast rąk, z uśmiechem jasnym jak promień zimowego słońca. Śnieg na jej sukni lśnił niczym rozsypane diamenty.
Pan Bałwanek spojrzał na nią niepewnie, jakby nie wierzył własnym oczom. A potem stało się coś niezwykłego — jego smutna twarz rozjaśniła się ciepłym, szerokim uśmiechem.
— Witaj — zdawał się szeptać bezgłośnie. — Jak dobrze, że już nie jestem sam.
Bałwankowa patrzyła na niego z łagodnością, a zimowy wiatr delikatnie poruszał jej śnieżną suknią. Od tej chwili pod dębem nie było już cienia smutku. Dzieci biegały wokół, rzucały śnieżkami, lepiły kolejne bałwanki, a całe podwórko wypełniało się śmiechem, ruchem i radością.
Pan Bałwanek i pani Bałwankowa stali obok siebie, dumni i szczęśliwi. Już nie marzli z samotności. Wiedzieli, że są dla siebie — na dobre i na złe, aż do pierwszych, ciepłych promieni wiosny.
Od tamtej pory każdy, kto przechodził przez podwórko, nie widział już jednego, lecz parę bałwanków stojących obok siebie, jakby od zawsze stanowili jedność. I chociaż zostały zrobione ze śniegu, uczyły wszystkich wokół rzeczy najważniejszych.
Nawet w samym sercu zimy największe ciepło rodzi się z obecności drugiego serca.
A przez życie najpiękniej idzie się w duecie.





