Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bajka na dobranoc. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bajka na dobranoc. Pokaż wszystkie posty

środa, 31 grudnia 2025

Bajka o chłopcu z latarenką

W niewielkim miasteczku, gdzie zimą dachy otulał miękki, biały puch, a latem z otwartych okien unosił się słodki zapach jaśminu, mieszkał chłopiec o imieniu Emil. Był cichy i skromny, a jego największym skarbem — stara, drewniana latarenka po dziadku. Nie świeciła mocno; roztaczała jedynie łagodny, złocisty blask, jakby w środku drżała jedna, nieśmiała gwiazdka, która jeszcze nie odważyła się zaświecić pełnią światła.

Często o zmierzchu Emil wychodził na skraj miasteczka, tam, gdzie zaczynał się las — gęsty i milczący. Mieszkańcy powtarzali, że po zachodzie słońca lepiej w te strony nie zaglądać: ścieżki plątały się jak wstążki, a cienie zdawały się mieć własną wolę. Pewnego wieczoru chłopiec usłyszał jednak cichy, urywany płacz dobiegający spomiędzy drzew. Dźwięk był delikatny i kruchy, jakby ktoś wołał o pomoc szeptem.

Serce podpowiedziało mu, by pójść dalej.

Im głębiej wchodził w las, tym gęstszy stawał się mrok. Gałęzie szeleściły nad głową, jak gdyby naradzały się w tajemnicy, a wiatr niósł ze sobą smutną, przeciągłą pieśń. Latarenka drżała w dłoni Emila, lecz wciąż płonęła, wiernie i uparcie. Wreszcie, na niewielkiej polanie, chłopiec dostrzegł dziewczynkę w białej sukience. Siedziała na kamieniu, nieruchoma, blada jak księżyc w zimową noc, i wyglądała tak, jakby ktoś na długo odebrał jej uśmiech.

— Dlaczego płaczesz? — zapytał cicho.

— Zgubiłam drogę do domu — wyszeptała. — A gdy zapada noc, nikt mnie nie dostrzega. Jakbym nie istniała.

Emil uniósł latarenkę, a złoty krąg światła otulił ich dwoje.

— Pójdziemy razem — powiedział łagodnie. — Moje światło jest niewielkie, lecz wystarczy, jeśli będziemy blisko siebie.

Ruszyli w drogę.

Ścieżka wiła się wśród ciemności. Chłodne cienie kładły się im pod nogi, a noc osiadała na świecie niczym ciężki, aksamitny płaszcz. Mimo to latarenka świeciła nieprzerwanie — ciepło, cicho, z wytrwałą cierpliwością. Z każdym krokiem jej blask jakby nabierał mocy, karmiony odwagą i dobrocią chłopca, który ani na chwilę nie wypuszczał jej z dłoni.

Po długiej wędrówce pierwszy, nieśmiały promień świtu przeciął granat nieba. Drzewa rozstąpiły się, odsłaniając stary, zapomniany dom. W jednym z okien migotało jasne, poranne światło, jakby ktoś właśnie zapalał w nim wspomnienie dawnych dni.

Dziewczynka po raz pierwszy się uśmiechnęła.

— Dziękuję — szepnęła. — Nigdy nie lękałam się nocy… bałam się tylko samotności.

W tej samej chwili jej postać zamigotała, jak odbicie gwiazdy w spokojnej wodzie. Po chwili zniknęła, a nad domem rozbłysła jasna, srebrzysta gwiazda — piękna i czysta. Emil zrozumiał wtedy, że odprowadził do domu nie zagubione dziecko, lecz dawną opiekunkę tego miejsca: dobrą, wierną duszę, która przez lata czuwała nad progiem domu.

Chłopiec wrócił do miasteczka z latarenką w dłoni. Od tamtej nocy jej światło już nigdy nie zgasło, a każdy, kto mijał Emila na ulicy, miał wrażenie, że w jego spojrzeniu mieszka spokojna, cicha dobroć.

I aż do końca swoich dni nosił w sercu prostą prawdę:

małe światło w dobrym sercu potrafi rozjaśnić nawet najciemniejszą drogę.

piątek, 12 grudnia 2025

Bajka terapeutyczna: Nocne światełko w mieście

W samym sercu dużego miasta, gdzie tramwaje brzęczały jak wielkie metalowe owady, a okna wieżowców mrugały światłem jak gwiazdy, mieszkał chłopiec o imieniu Tomek.

Tomek uwielbiał dzień — gwar placu zabaw, kolory ulic, zapach świeżego pieczywa z piekarni na rogu. Ale gdy zapadała noc, w jego pokoju rozlewał się mrok, a lęk przychodził nieproszony, cichy, jakby chodził na palcach.

Ciemność w mieście była inna niż ta na obrazkach z książek. Była pełna szumów, odbić, cieni i tych dziwnych chwil, kiedy coś poruszyło się za oknem, choć to przecież tylko drzewo.

Pewnej jesiennej nocy, kiedy deszcz bębnił o parapet jak grająca orkiestra, Tomek nagle się obudził. Wydawało mu się, że kątem oka zobaczył cień, który… poruszył się sam. Przecierał oczy raz, drugi, trzeci — a cień zamiast zniknąć, powoli nabierał kształtu.

Aż w końcu z ciemnego rogu pokoju wysunęło się stworzonko, podobne do pluszaka i całkiem… przyjazne.

— Hej, nie bój się. Jestem Mroczek — powiedziało miękkim, niskim głosem.

— Przyszedłem, bo chyba potrzebujesz trochę nocnej odwagi.

Tomek zamarł.

Stworzonko było zrobione z… cienia? Ale miało jasną, uśmiechniętą buzię, jakby ktoś namalował ją światłem.

— Nie wiedziałem, że cienie mówią — wydusił chłopiec.

— Zwykle nie muszą — Mroczek wzruszył ramionami. — Ale kiedy dziecko zaczyna myśleć, że ciemność jest groźna, to znaczy, że czas się przedstawić.

Mroczek wskoczył na parapet i spojrzał przez okno na rozświetlone miasto.

— Zobacz, Tomek — powiedział. — Ciemność nie po to przychodzi, by coś zabierać. Ona tylko… zmienia świat.

Za dnia widzisz tramwaje, ludzi, kolorowe reklamy. A nocą? Każdy dźwięk staje się spokojniejszy, każde światło jaśniejsze. Cienie tylko pokazują to, czego wcześniej nie zauważałeś.

Tomek podszedł do okna i spojrzał na ulicę.

— Ale czasem wydaje mi się, że coś jest w ciemności.

— Bo ciemność to miejsce, gdzie wyobraźnia ma więcej przestrzeni — wyjaśnił Mroczek. — A wyobraźnia czasem lubi przesadzać.

Dlatego jestem ja — żeby przypominać, że cienie nie mają złych zamiarów. One są jak nocne wersje rzeczy, które już znasz.

— Chodź, coś ci pokażę — zaproponował Mroczek.

Wyjął z własnego cienia małe okulary. Były przezroczyste, lecz gdy Tomek je założył, zobaczył świat inaczej — jakby noc miała własne barwy.

W kącie pokoju, zamiast „strasznego” cienia szafy, zobaczył cieplutki odblask lampki nocnej.

Pod biurkiem, gdzie wydawało mu się, że „coś leży”, zobaczył jedynie zapomnianą piłkę.

A ciemny sufit, który zawsze wyglądał jak wielka pustka, nagle przemienił się w spokojne, granatowe niebo.

— Widzisz? — Mroczek uśmiechnął się szeroko. — Ciemność nie jest przeciwko tobie. Po prostu potrzebujesz innego sposobu patrzenia.

Tomek ściągnął okulary, zdziwiony.

— Ale co jeśli znów się przestraszę?

— Wtedy zamknij oczy, zrób trzy głębokie wdechy… i pomyśl o mnie — powiedział Mroczek, kładąc rękę na jego ramieniu. — Jestem blisko, nawet jeśli mnie nie widzisz. Cienie są częścią twojego świata, ale nie one rządzą twoją odwagą.

Gdy zegar wybił północ, Mroczek zaczął powoli blednąć.

— Muszę iść — szepnął. — Dzieci w innych domach też potrzebują przypomnienia, że noc jest bezpieczna.

Tomek poczuł lekkie ukłucie smutku.

— Wrócisz?

— Zawsze, kiedy będziesz mnie potrzebować — odpowiedział Mroczek. — A nawet kiedy nie wrócę w cieniu, wrócę w twojej odwadze.

Bo ona świeci… nawet kiedy światła są zgaszone.

Stworzonko rozpłynęło się w ciemności, cichutko jak zamykające się drzwi.

Od tamtej nocy…

Ciemność nadal była ciemna. Miasto nadal szumiało, skrzypiało i mrugało neonami. Ale chłopiec czuł, że coś jest inaczej. Nie bał się już tego, czego nie widzi — bo wiedział, że każda noc ma w sobie ciepło, jeśli pozwoli się jej mówić własnym, spokojnym głosem. A gdy czasem drżał — brał głęboki oddech. I w tym oddechu naprawdę czuł, że Mroczek gdzieś tam jest.

niedziela, 7 grudnia 2025

Zimowa Baśń o Gwiezdnej Iskrze

Tam, gdzie zimowa noc oddychała srebrnym chłodem, a śnieg migotał jak gwiezdny pył, żyła mała dziewczynka o imieniu Lila. Jej chatka stała na skraju lasu, który każdej zimy zamieniał się w wielki, lodowy pałac utkany z cieni i światła. Sosny nosiły na ramionach ciężkie, białe korony, a cisza była tak głęboka, że można było usłyszeć, jak spada pojedynczy płatek.

Pewnej niezwykłej nocy, gdy mróz malował na szybach fantastyczne kwiaty, a księżyc snuł po ziemi mleczne wstęgi blasku, Lila dostrzegła przed chatką coś, co z początku wzięła za zwyczajny płatek śniegu. Lecz ten płatek… świecił jak złoto.

Dziewczynka podeszła ostrożnie. Iskierka drżała cichutko, jakby każde jej drgnięcie było westchnieniem.

— Pomóż mi… — wyszeptała delikatnym głosikiem.

— Zgasnę, jeśli nie wrócę do nieba…

— Do nieba? — szepnęła Lilka, przyklękając. — Jesteś gwiazdą?

— Jestem tylko jej drobinką… zagubionym światłem — odpowiedziała Iskra smutno.

Lila zamknęła ją w dłoniach. Ciepło, które z nich popłynęło, było miękkie jak koc utkany z promieni słońca.

— Pomogę ci. Obiecuję. Nawet jeśli droga będzie długa.

Iskierka rozbłysła jaśniej, jakby się uśmiechała.

— By wrócić do nieba, trzeba dotrzeć na Szczyt Północy… najwyższą górę tej krainy.

— Więc tam pójdziemy — odparła Lila bez wahania.

Dziewczynka ruszyła w drogę, a Las Szeptów przywitał ją cichym szelestem, jakby setki niewidzialnych głosów wirowały między pniami.

— Słyszysz? — zapytała Iskra.

— Tak… las mówi — uśmiechnęła się Lila.

Jedno stare drzewo, oblepione śniegiem jak lukrem, pochyliło się wolno.

— Dokąd idziesz, dziecko zimy? — zapytało skrzypiącym głosem.

— Niosę światło do nieba — odpowiedziała dziewczynka cicho. — Muszę ocalić tę iskrę.

— To piękne zadanie — zaszumiało drzewo. — Niech więc cały las stanie się waszą drogą.

Gałęzie rozsunęły się łagodnie, a pomiędzy drzewami rozbłysła jasna, srebrzysta ścieżka.

Wkrótce dotarły do Zamarzniętego Jeziora. Odbijało gwiazdy tak wyraźnie, że nie było wiadomo, które świecą na niebie, a które pod stopami.

— Boję się — szepnęła Iskra.

— Ja też troszkę — przyznała Lilka. — Ale pójdziemy razem.

Gdy dziewczynka postawiła stopę na lodzie, tafla rozświetliła się błękitnymi liniami, jakby jezioro rozpoznało dawną przyjaciółkę ze światła.

Nagle wiatry zaczęły wirować, splatając się w postać wysoką jak sosna. Był to Wiatr Zawieruchy, strażnik zimowych nocy.

— Nie przepuszczam nikogo podczas burzowej nocy! — zawył.

Śnieg zatańczył w powietrzu jak białe ptaki.

Lila mocniej otuliła iskrę.

— Proszę… ona musi wrócić do domu. A ja… ja tylko chcę pomóc.

— Dlaczego miałbym wam zaufać? — zagrzmiał wiatr.

— Bo światło nie kłamie — wyszeptała dziewczynka.

Iskra rozbłysła nagle tak mocno, że jej blask przeciął ciemność jak złota strzała. Wiatr zadrżał… i ucichł.

— Taki blask widziały tylko pradawne czasy… — wyszeptał poruszony. — Idźcie.

Burza uciszyła się i Lilka z Iskierką ruszyły dalej.

Wreszcie dotarły na najwyższy szczyt, gdzie niebo było tak blisko, że wydawało się, iż wystarczy wspiąć się na palce, by dotknąć gwiazd. Powietrze lśniło niczym kryształ.

Dziewczynka uniosła gwiezdną iskrę wysoko.

— To twój dom — wyszeptała. — Ale jeśli zatęsknisz… będę na ciebie patrzeć.

— Nigdy nie przestanę świecić dla ciebie — odpowiedziała Iskra cichutko. — Szukaj mnie w najjaśniejszej gwieździe zimy.

— Obiecuję — szepnęła Lila ze łzą w oku.

Otworzyła dłonie. Wiatr uniósł iskrę wysoko, coraz wyżej, aż zamieniła się w złoty promień i wskoczyła na nieboskłon.

Tam zapłonęła nowa gwiazda — czysta, jasna, pełna ciepła — którą mieszkańcy nazwali Gwiezdnym Serduszkiem.

Od tej pory jej blask prowadził wędrowców przez śnieżne noce. A Lilka, ilekroć podnosiła wzrok ku niebu, uśmiechała się cicho, wiedząc, że wśród gwiazd ma przyjaciółkę.

środa, 29 września 2021

Inka, Bzyzio i Ciaplinka - bajka dla małych i dużych :)

INKA, BZYZIO I CIAPLINKA

Wieczór był wyjątkowo ciepły. Przez otwarte okno wpadały ostatnie promienie chowającego się za horyzontem słońca. W pokoju, którego ściany miały kolor zielony, siedziała na łóżku mała dziewczynka. Inka miała ciemne, długie włosy upięte fantazyjnie spinką z motylkiem i piękne błękitne oczy.

Pochylała się nad starym zeszytem, który dostała od babci Marysi. Starsza pani zapisywała w nim różne różności i ozdabiała niesamowitymi rysunkami. Wyglądał zwyczajnie, na okładce miał białoszare paski i fioletowe kwiatki. Dziewczynka otworzyła go i zaczęła czytać…

Podobne do skrzatów, małe, pucate,

z uszami wielkimi, lekko włochate:

Ciaplinka i Bzyzio, stwory łagodne,

ubrane w bajkowe, dziwaczne spodnie.

Na spodniach kieszeni jest ze dwadzieścia,

na każdej mnóstwo guziczków szczęścia.

Bzyzio na głowie ma czapkę niewidkę,

Ciaplinka nosi tęczową czuprynkę.

Podróżują magicznym Chicholotem,

ni to balonem, ni to samolotem.

Machina to dziwna i kolorowa,

okrągła jak bańka i odlotowa.

Napędza ją radość ziemskich dzieciaków,

jak wiatr porusza gromadę wiatraków.

Ciaplinka i Bzyzio sporo latają,

miejsca przeróżne ciągle odwiedzają.

Lecz gdy smutne dzieciaki spotykają,

do Chicholotu paliwa nie mają.

Szybko spadają na miejsce bez śmiechu,

szukają kryjówki w wielkim pośpiechu.

„Hop! Siup! Ciaplinko!” – Bzyzio wykrzykuje.

Chicholot się już miniaturyzuje!”

Pojazd staje się malutki jak kropka,

Bzyzio go chowa do kieszeni w portkach.

Do Chicholandii poszukują przejścia –

Ciaplinka już odkryła tajne wejścia.

Dla ludzi to prawdziwa tajemnica –

o Chicholandii prawie nikt nie słyszał.

Wszystkie Chichotniki tam zamieszkują,

w bańkach mydlanych często przesiadują.

Bzyzio już wskoczył do swojej banieczki,

Ciaplinka robi śmieszne kanapeczki.

„Już czas na guziczki szczęścia Ciaplinko!”

Bzyzio powiedział to z poważną minką.

 

Inka z wypiekami na twarzy czytała dalej…

 

„Pierwszy wyślemy do malutkiej Zosi,

jej buzia uśmiechy tak ładnie nosi.”

Ciaplinka już guziczek oderwała,

mocno go ścisnęła i powiedziała:

„Niechaj Chicholandii magia zadziała,

tak, żeby się wciąż mała Zosia śmiała!”

Guzik niesamowicie się nadmuchał,

zaczął głośno bzyczeć jak głodna mucha.

Nagle zniknął jak igła w stogu siana,

będzie u Zosi z samiuśkiego rana.

Do Śniegolandii w podróż się wybiorą,

tam Śniegoludy z dworca ich odbiorą.

Wielkie, radosne i futerko mają,

taką piosenkę codziennie śpiewają:

Trochę śniegu, wyobraźni,

tak powstaje świat fantazji!

Śniegolandia to kraina –

niczym śniegowa pierzyna!

W Śniegolandii śniegowanie,

buzie całe roześmiane!

Hi, hi, ha, ha, hi, hi, ha, ha!

Śniegolandia do was macha!

Śniegoludy tu mieszkają,

które śnieg wręcz uwielbiają!

tworzą z niego piękne rzeźby,

pracują bez żadnej przerwy!

W Śniegolandii śniegowanie,

buzie całe roześmiane!

Hi, hi, ha, ha, hi, hi, ha, ha!

Śniegolandia do was macha!

Cuda, cudeńka powstają,

wszystkich wokół zachwycają!

Śniegolandia skrzy się, mieni,

blask ze szlachetnych kamieni!

W Śniegolandii śniegowanie,

buzie całe roześmiane!

Hi, hi, ha, ha, hi, hi, ha, ha!

Śniegolandia do was macha!

Śniegoludy też śniegują,

wciąż śnieżkami atakują!

Śnieg wiruje w tej krainie,

w białym puchu wszystko ginie!

W Śniegolandii śniegowanie,

buzie całe roześmiane!

Hi, hi, ha, ha, hi, hi, ha, ha!

Śniegolandia do was macha!

Zosia i Śniegoludy już śniegują,

wszyscy przy tym zabawnie podskakują.

Magia Chicholandii tak zadziałała,

swoją tajemną moc wykorzystała.

Bzyzio i Ciaplinka w bańkach wirują,

kolejną porcję magii przywołują.

 

Niesamowite to wszystko – dziewczynka aż zapiszczała z radości. Nie mogła się doczekać jakież to inne dziwne miejsca odwiedzą Bzyzio i Ciaplinka.

 

Teraz kolej na Marcinka smutnego,

Bzyzio ma dla niego coś specjalnego.

Guzik już w swojej małej rączce trzyma,

jego zaklęcie tak się rozpoczyna:

„Niechaj Chicholandii magia zadziała,

tak, żeby Marcinka radość porwała!

Guziczku podaruj mu przyjaciela,

niech go codziennie rano rozwesela!”

Guzik niesamowicie się nadmuchał,

zaczął głośno bzyczeć jak głodna mucha.

Nagle zniknął jak igła w stogu siana,

będzie u Marcinka z samego rana.

Chłopiec dostanie stwora niezwykłego,

posłuchaj o nim wierszyka krótkiego:

Kieszonkowe Rozśmieszaki –

to malutkie przytulaki!

Siedzą w kieszonkach schowane,

kolorowo są ubrane!

Śmieją się, chichoczą stale,

rozśmieszają doskonale!

Gdy ci smutno jest od rana,

mina twoja zatroskana:

Rozśmieszaka weź z kieszeni,

twoja buzia wnet się zmieni!

Wielki uśmiech cię dopadnie,

a smuteczek w mig przepadnie!

Marcinek już polubił przyjaciela,

Rozśmieszak go od rana rozwesela.

Magia Chicholandii tak zadziałała,

swoją tajemną moc wykorzystała.

Bzyzio i Ciaplinka w bańkach wirują,

kolejną porcję magii przywołują.

 

Takie kieszonkowe Rozśmieszaki przydałyby się każdemu dziecku… I dorosłemu też… – pomyślała dziewczynka i szybciutko wróciła do zeszytu babci Marysi:

 

Ciaplinka trzyma następny guziczek:

„Moje magiczne zaklęcie wykrzyczę!

Oliwkę i Julkę rozweselimy –

siostry bliźniaczki z malutkiej mieściny.

Niechaj Chicholandii magia zadziała,

tak, by radość w ich sercach zamieszkała!”

Guzik niesamowicie się nadmuchał,

zaczął głośno bzyczeć jak głodna mucha.

Nagle zniknął jak igła w stogu siana,

będzie u dziewczynek z samego rana.

Do Śmiechutkowa obydwie pojadą,

razem z guzikiem, żółtą autostradą.

Dziwna to bardzo kraina Śmiechutków –

miniaturowych, żółtych krasnoludków.

Żółte jest wszystko w całym Śmiechutkowie,

to kolor radości – każdy to powie:

Żółty Śmiechutek smutnieje,

gdy jego kolor zbieleje!

Skacze on wtedy na chmury,

napić się pewnej mikstury:

soku z owoców tęczowca,

mieszanka – rozśmieszająca.

Tęczowce na tęczy rosną,

są żółte i pachną wiosną.

Śmiechutki sokiem częstują,

tych co się rzadko radują.

Dziewczynki w Śmiechutkowie soczek piją,

są radosne – ze śmiechu ledwo żyją.

Magia Chicholandii tak zadziałała,

swoją tajemną moc wykorzystała.

Bzyzio i Ciaplinka w bańkach wirują,

kolejną porcję magii przywołują.

 

Do Śmiechutkowa chętnie zabrałabym wszystkie koleżanki z mojej klasy – Inka snuła kolorowe wizje na temat pobytu w magicznym miejscu. Zobaczmy co będzie dalej…

 

Czas na nowy guzik! – Bzyzio pomyślał –

do domu dziecka swoje myśli wysłał.

Tutaj potrzeba guziczka specjalnego –

do zadań niezwykłych przeznaczonego.

Teraz pora wypowiedzieć zaklęcie,

Bzyzio je powie kręcąc się na pięcie:

„Niechaj Chicholandii magia zadziała,

tak, żeby dzieciaki radość porwała!

Guziczku weź ich do Miluśniakowa,

tam, gdzie prawdziwa zabawa się chowa!”

Guzik niesamowicie się nadmuchał,

zaczął głośno bzyczeć jak głodna mucha.

Nagle zniknął jak igła w stogu siana,

będzie u dzieciaków z samego rana.

Miluśniakowo to miasto Milusiów,

wszyściutko jest tutaj zrobione z pluszu.

Milusie wielkie kule z niego tworzą,

na które wskakują i tak gaworzą:

Pluszuj z nami i kulami,

machaj mocno kończynami,

potoczymy się w nieznane,

wszystkie buzie roześmiane.

To Milusie nadciągają,

które plusz bardzo kochają.

Na pluszowych kulach gnamy,

Kto jest chętny? Zapraszamy!

Dzieciaków nie trzeba było namawiać,

prędziutko zaczęły na kule wsiadać.

I tak się wielka przygoda zaczęła,

Miluśniakowo – radość ogarnęła.

Magia Chicholandii tak zadziałała,

swoją tajemną moc wykorzystała.

 

Hmm… Chciałabym znaleźć guziczek szczęścia – pomyślała Inka i odłożyła babciny zeszyt do drewnianej skrzynki. Często jestem smutna, ale nie tak często jak moja mamusia. Tak bardzo chciałabym sprawić, żeby zawsze się uśmiechała i była szczęśliwa…

Tata Inki zmarł kilka lat temu i od tego czasu jej mama nie była tak radosna jak kiedyś. Rzadko na jej twarzy gościł uśmiech, który Inka tak lubiła. Dziewczynka cicho westchnęła i położyła się do swojego łóżeczka. Zasypiając myślała o magicznych miejscach, które opisywał wierszyk.

Następnego dnia obudziła się dość wcześnie. Była sobota. Inka lubiła soboty, ponieważ mama miała wtedy dużo czasu tylko dla niej. Szybciutko się umyła, ubrała i poszła do kuchni, do której zwabił ją cudowny zapach. Na stole stał talerz pełen naleśników z owocami, ale nie było mamy. Nie było jej też w innych pomieszczeniach. Może gdzieś wyszła i zapomniała o mnie? – zmartwiła się dziewczynka. Nagle dostrzegła obok talerza mały, okrągły przedmiot. To guzik! Srebrny, błyszczący guzik! Przypomniała sobie o guziczkach szczęścia i ciarki przeszły jej po plecach. Niemożliwe, przecież takie rzeczy się naprawdę nie zdarzają – pomyślała. Sięgnęła po guzik i gdy tylko jej ręka go dotknęła, Inka poczuła, że dzieje się coś niesamowitego. Malutki guziczek zaczął puchnąć, stawał się coraz większy i większy, aż sięgnął sufitu. Pojawiły się na nim okrągłe drzwi z okrągłą klamką. Inka stała i nie mogła wydusić z siebie słowa, bardzo się bała, ale postanowiła pociągnąć za klamkę. Uchyliła delikatnie drzwi i dostrzegła w środku kolorową mgłę, która kształtem przypominała zjeżdżalnię, taką jaka często jest w aquaparkach. Nad zjeżdżalnią był napis utworzony z białej mgły: Zjeżdżalnia do Chopsiupkowa. Hmm… Co to jest Chopsiupkowo? – zaczęła zastanawiać się dziewczynka – Nie znam takiego miejsca. I wtedy przypomniała sobie o tych wszystkich dziwnych krainach, do których Bzyzio i Ciaplinka wysyłali smutne dzieci. A może oni jednak istnieją? Muszę to sprawdzić. Zostawię tylko liścik dla mamy, żeby się nie martwiła. Zaraz… Tylko co ja napiszę? Że zjechałam do Chopsiupkowa? Mama pomyśli, że zwariowałam. Inka nie miała pojęcia co zrobić i wtedy jeszcze raz spojrzała w kierunku kuchennego stołu. Leżała na nim mała koperta, której wcześniej Inka nie zauważyła. Dziewczynka sięgnęła po nią – w środku znajdowała się okrągła karteczka, na której ktoś kolorowymi literkami napisał: Inko! Twoja mama jest w Chopsiupkowie. No to teraz już muszę tam zjechać – pomyślała mała Inka i wskoczyła na zjeżdżalnię.

Przejazd był krótki i po chwili dziewczynka wylądowała na czymś kolorowym. Było to coś w rodzaju ulicy, ale miało na powierzchni bąble. Dookoła stały domy, też całe z bąbli, drzewa zamiast liści miały bąble, chmury były utworzone z bąbli, a słońce było jednym, wielkim bąblem. Niesamowite miejsce, wszystko wygląda tak jakby było zrobione z baniek mydlanych poprzyklejanych do siebie – Inka nie mogła wyjść z podziwu – Ciekawe kto tutaj mieszka? Postanowiła poznać to tajemnicze miejsce. Chodziło się niełatwo, ponieważ wszystko było półokrągłe i wystające. Inka potykała się co jakiś czas, lecz upadanie na kolorowe bańki sprawiało jej dużą przyjemność i niesamowicie ją bawiło. Łatwiej było skakać, jak na trampolinie, niż chodzić, co też dziewczynka zaczęła robić. W Chopsiupkowie było coś jeszcze, co wywoływało radosne wspomnienia w Ince – pachniało naleśnikami i czekoladą. Zapach naleśników przypomniał jej o tym, że jest głodna. No tak, nie zjadłam śniadania, wszystko przez ten guzik. – pomyślała i skakała dalej. Właśnie szykowała się do kolejnego skoku, gdy z bąblastej chmury zeskoczył kolorowy stworek. Miał dużą, okrągłą głowę, ręce i krótkie nogi z wielkimi, okrągłymi stopami. Na jego buźce gościł promienny uśmiech i widać było małe, bielutkie jak śnieg, zęby.

- Chcesz naleśnika z czekoladą? – zapytał dziwny stwór.

- Kim jesteś i dlaczego mnie straszysz? – krzyknęła przerażona Inka.

- Wcale nie straszę. Jestem chopsiupkiem, lubię skakać, a na imię mam Tin! A ty jesteś pewnie Inka, do której Bzyzio i Ciaplinka wysłali guzik? Zgadza się? – stworek miał przyjemnie brzmiący głos.

- No, tak, jestem Inka. Szukam mamy, która tu podobno jest… – w głosie Inki słychać było wahanie.

- To dobrze trafiłaś! Twoja mama jest w cukierni „Pod Bańką Mydlaną” i czeka na ciebie. Zaprowadzę cię do niej, a potem ja i inne chopsiupki wyczarujemy dla was cudowną niespodziankę. Teraz złap mnie za rękę i nabierz dużo powietrza, tak, żeby twoje policzki zrobiły się podobne do baloników. Inka zrobiła tak jak powiedział chopsiupek i poczuła, że pod nogami wyrosła jej wielka bańka, która zaczęła podskakiwać. Dziewczynka piszczała z zachwytu – skoki na bańce, w towarzystwie nowego znajomego, były fantastycznym przeżyciem. Podskakiwali aż po same chmury, o które obijali się głowami. W oddali pojawiły się inne skaczące chopsiupki – większe i mniejsze, każdy miał inny zestaw kolorów na sobie. Chopsiupki miały skórę w łatki, a ich malutkie, okrągłe brzuszki śmiesznie podskakiwały w trakcie wykonywania skoków. Inka i Tin dołączyli do nich.

- To jest Inka, której mamę już znacie. Musimy się postarać, żeby obydwie przeżyły niezapomnianą przygodę w Chopsiupkowie – powiedział Tin do pozostałych. Wszyscy w poskokach oddalili się w stronę żółtopomarańczowej budowli. Budynek okazał się cukiernią „Pod Bańką Mydlaną”. Inka nigdy nie widziała takich ciastek w żadnej ziemskiej cukierni. Przez bańkową szybę można było dostrzec mnóstwo okrągłych półek, na których leżały najpiękniejsze wypieki na świecie. Przy okrągłym stoliku, nakrytym obrusikiem w czerwone serduszka, siedziała mama Inki. Dziewczynka weszła do środka i pobiegła w jej stronę.

- Mamo, mamo, jesteś! Świetnie się bawiłam skacząc na bańce! Tutaj jest tak pięknie! Pachnie czekoladą! I te chopsiupki takie niezwykłe! – Inka nie kryła radości i ściskała mamę najmocniej jak potrafiła.

- Córeczko, tak się cieszę, że cię widzę! To prawda, to cudowne miejsce i takie niezwykłe, a chopsiupki to chodząca, a właściwie skacząca, słodycz! A ta cukiernia to prawdziwy raj dla łasuchów! – zachwycała się mama Inki.

Do cukierni weszły też chopsiupki, rozsiadły się przy stolikach i zaczęły ucztować. Niezwykle kolorowe ciastka zagościły na talerzykach i każdy chopsiupek z ochotą zabrał się do pałaszowania słodkości. Natomiast Tin przyniósł dla mamy i córki dwa kawałki tortu z kremem w kolorach tęczy. To jest specjalność naszej cukierni – powiedział – tort „Tęczowe zapomnienie”. Dzięki niemu przeżyjecie coś niezwykłego. – Tin mówił z wielkim przejęciem – Zabierzemy was na plac zabaw, który na pewno wam przypadnie do gustu. Po takiej zachęcie Inka i jej mama wzięły po kawałku ciasta i zaczęły jeść…

- Mamo! Mam dziwne ciało! Jest jakieś takie miękkie! Jak ptasie mleczko! Ja chyba jestem ptasim mleczkiem! I mam ubranie z czekolady! Jak to komuś w szkole opowiem to nikt mi nie uwierzy! – krzyczała Inka i klepała się po puszystym brzuszku. 

Mama Inki też wyglądała dziwnie – jak kłębek waty cukrowej, miała swoją twarz, ręce, nogi, ale reszta ciała nie była podobna do ciała człowieka.

- O! Widzę, że przemiana się dokonała! Zabieram was na plac zabaw, jakiego nie znacie! – krzyknął Tin – Chodźcie za mną! Wybiegli z cukierni i udali się w kierunku bańki w kolorze czerwonym. Wskakujcie! – Tin otworzył małe drzwiczki, za którymi nie było nic widać. Inka i jej mama wskoczyły do środka i wylądowały na przyjemnej, miękkiej piance o zapachu truskawkowym. Tin znalazł się tuż obok.

- To jest trampolina zrobiona z kremu truskawkowego. Zaraz przylecą bezowe chmurki, będziemy z nich skakać do tej masy! – zakomunikował chopsiupek. Zabawa była przednia – Inka wykonała chyba setki skoków do truskawkowego kremu, a jej mama zrobiła ich chyba z dwieście.

Kolejną atrakcją był gigantyczny tort, w którym obie drążyły korytarze, jak dżdżownice. Inne chopsiupki też tam były i któryś wymyślił zabawę: Kto pierwszy znajdzie trzy wisienki ukryte w czekoladowym kremie ten wygrywa! Inka kopała jak prawdziwy krecik, a właściwie to jak wielki kret, szukając wiśni, ale niestety pierwszy był Tin. Prześlizgiwanie się pomiędzy warstwami kremu i ciasta też było fajne – przypominało czołganie się pod wielkim, puszystym dywanem. Inka była zachwycona i wcale nie chciała opuszczać wielgachnego tortu, ale chopsiupki oznajmiły, że teraz czas zaliczyć szaleństwo na wielkiej górce. Wszyscy więc pobiegli w stronę góry zrobionej z waniliowych lodów. To dopiero była atrakcja! Zjeżdżało się z niej na specjalnych czarnych, okrągłych ciasteczkach, które poruszały się z dużą prędkością. Ince najbardziej podobało się, gdy ciasteczko wyrzucało ją do góry – lądowała wtedy buzią w lodach, których mogła się najeść do woli. Z tej samej górki można było się turlać w naleśniku. Specjalna maszyna, nazywana Chopsiupnikiem, owijała ochotnika w naleśnik, a następnie wypluwała na górę i zaczynało się dzikie kulanie. Mamie Inki ta atrakcja najbardziej przypadła do gustu.

- Teraz do popcornowego basenu! – krzyknął Tin i pozostałe chopsiupki ustawiły się w rzędzie. Złapały się za ręce i zaczęły śmiesznie bulgotać. Po chwili nadleciał ogromny balon. Był niczym gigantyczna bańka mydlana mieniąca się pięknie kolorami tęczy. Chopsiupki, jeden po drugim, zaczęły wskakiwać do środka. Inka i jej mama też zostały wciągnięte do wnętrza balonu. Chopsiupki znowu zabulgotały i z dachu bańki zaczął sypać się popcorn. Było go coraz więcej i więcej, aż zapełnił wszystkie wolne przestrzenie. Balon powoli zaczął się obracać. Inka odkryła, że w tej popcornowej masie świetnie się pływa. Złapała mamę za rękę i zaczęły nurkować w popcornie. Śmiech dziewczynki słychać było w całym Chopsiupkowie. Czas mijał szybko, aż nadszedł moment, którego Inka bała się najbardziej…

- Musicie już wracać do swojego świata. – powiedział Tin i wyjął z kieszonki mały, błyszczący guzik.

- Nie! Proszę, chcemy zostać! Dawno się tak dobrze nie bawiłyśmy, prawda mamusiu? – Inka nie kryła rozczarowania.

- Nie możecie zostać. Chopsiupkowy świat pojawia się tylko na kilka godzin, wtedy, gdy przybywają tutaj specjalni goście, tacy jak wy, którym trzeba pomóc, kiedy zapominają o tym, że śmiech jest ważny w życiu, a wszystkie kłopoty, zmartwienia i problemy chociaż na chwilkę trzeba wysłać do krainy zapomnienia. Mam nadzieję, że czas spędzony tutaj na długo zostanie w waszej pamięci i nie zapomnicie o mnie i innych chopsiupkach.

Inka i jej mama ze smutkiem pożegnały się z Chopsiupkowem. Gdy tylko Tin położył srebrny guziczek na dłoni Inki ten zaczął puchnąć, stawał się coraz większy i większy, a na jego ścianie pojawiły się okrągłe drzwi z okrągłą klamką. Mama Inki otworzyła je i razem z córką weszły do środka. Wpadły na tęczową zjeżdżalnię i po krótkiej podróży wylądowały w kuchni w swoim małym mieszkanku. Na stole stał talerz z pachnącymi, jeszcze ciepłymi naleśnikami.

- Mamusiu czy to nam się nie śniło? Chopsiupkowo było takie niezwykłe, chciałabym tam jeszcze wrócić. – powiedziała Inka nie wierząc w to co jeszcze przed chwilą było tak rzeczywiste.

- Córeczko! Co ty wygadujesz? Jakie Chopsiupkowo? – mama była wyraźnie zdziwiona. – Nie powinnaś czytać tych wszystkich fantastycznych opowieści przed snem.

- Mamo, przecież przed chwilą byłyśmy w Chopsiupkowie! W popcornowym basenie! Nic nie pamiętasz? – Inka nie kryła rozczarowania.

- Nie, nie wiem o czym mówisz. – zdziwienie mamy było jeszcze większe.

- Więc, posłuchaj… Inka zaczęła opowiadać o przygodach w Chopsiupkowie.

- Niesamowite… - powiedziała mama – Dawno się tak nie ubawiłam słuchając bajki.

- Mamo! To nie jest bajka! – Inka nie dawała za wygraną. – To się zdarzyło dzisiaj! Byłaś tam ze mną! W kieszeni swetra powinnaś mieć mały, srebrny guzik. Sprawdź! Mama sięgnęła do kieszeni, ale ta była pusta.

Zawiedziona Inka poszła do swojego pokoju. Wyjęła ze skrzynki zeszyt należący do babci i otworzyła w miejscu, w którym był wierszyk o Bzyziu i Ciaplince. Zdziwiona odkryła, że wierszyk ma dodatkowy fragment:

Bzyzio i Ciaplinka w bańkach wirują,

kolejną porcję magii przywołują.

Ciaplinka trzyma kolejny guziczek:

„Moje magiczne zaklęcie wykrzyczę!

Inkę i jej mamusię rozbawimy,

niech zakosztują radości dziewczyny.

Niechaj Chicholandii magia zadziała,

tak, by radość w ich sercach zamieszkała!”

Guzik niesamowicie się nadmuchał,

zaczął głośno bzyczeć jak głodna mucha.

Nagle zniknął jak igła w stogu siana,

będzie u Inki i jej mamy z rana.

Do Chopsiupkowa na zjeżdżalni zjadą,

kraina to pachnąca czekoladą.

Urocze chopsiupki w niej zamieszkują,

od rana słodkości wciąż pałaszują.

W dużej cukierni „Pod Bańką Mydlaną”,

rozgości się Inka ze swoją mamą.

Potem z chopsiupkami przeżyją magię,

a cały smutek Inki – precz przepadnie!

Fantastyczny plac zabaw też odwiedzą,

przepysznych słodkości się tam najedzą.

Będzie trampolina, zjeżdżalnia i tunele,

popkornowy basen – radości wiele.

Inka już swoją przygodę przeżywa,

kto marzyć nie przestaje – ten wygrywa.

Magia Chicholandii tak zadziałała,

swoją tajemną moc wykorzystała.

- A jednak tam byłam! – Inka nie kryła zadowolenia. Nagle usłyszała krzyk mamy dobiegający z kuchni. Zerwała się i pobiegła ile sił w nogach. Mama była blada i klęczała na podłodze. Na środku kuchni stał wielki guzik, ten sam, do którego rankiem weszła Inka.

- Inko! Inko! Znalazłam ten mały, srebrny guzik, o którym wspominałaś. Leżał pod stołem. Jak tylko go dotknęłam zaczął rosnąć i teraz zajmuje całą kuchnię. A tutaj z boku ma jakieś drzwi! – mama była przerażona i mówiła tak szybko, że córka z trudem ją rozumiała.

- Mamusiu nie bój się! To jest właśnie guzik z mojej opowieści. Jeżeli otworzymy drzwi to przeżyjemy kolejną wspaniałą przygodę, którą, mam nadzieję, tym razem, zapamiętasz i uwierzysz w moją dzisiejszą opowieść. Możemy się wybrać do Śniegolandii, Miluśniakowa lub Śmiechutkowa. Bzyzio i Ciaplinka już się o to postarają!

- Dziecko co ty wygadujesz? Jaka Ciaplinka? Jaki Bzyzio? Śmiechutkowo? Miluśniakowo? Śniegolandia? Co to za miejsca? – mama Inki była przerażona coraz bardziej.

Inka już nic nie wyjaśniała, wzięła mamę za rękę, uśmiechnęła się do niej i pociągnęła za klamkę, która otwierała okrągłe drzwi guzika. Obydwie zniknęły za tajemniczymi drzwiami.

Co tam przeżyły? Jesteście ciekawi? Drzwi do krainy fantazji można znaleźć wszędzie – trzeba tylko dobrze poszukać…

Bzyzio i Ciaplinka w bańkach wirują,

kolejną porcję magii przywołują.

Dla kogo ta magia jest przeznaczona?

Kogo radość weźmie w swoje ramiona?

Guziki szczęścia możesz znaleźć wszędzie,

wtedy przygoda niezwykła przybędzie.

Bzyzio i Ciaplinka czarują w nocy,

więc szybko wieczorem zamykaj oczy.

Gdy porwie cię cudowna snów kraina,

to guziczek szczęścia działać zaczyna!

Tekst i grafika: Ewa Dafner