W niewielkim miasteczku, gdzie zimą dachy otulał miękki, biały puch, a latem z otwartych okien unosił się słodki zapach jaśminu, mieszkał chłopiec o imieniu Emil. Był cichy i skromny, a jego największym skarbem — stara, drewniana latarenka po dziadku. Nie świeciła mocno; roztaczała jedynie łagodny, złocisty blask, jakby w środku drżała jedna, nieśmiała gwiazdka, która jeszcze nie odważyła się zaświecić pełnią światła.
Często o zmierzchu Emil wychodził na skraj miasteczka, tam, gdzie zaczynał się las — gęsty i milczący. Mieszkańcy powtarzali, że po zachodzie słońca lepiej w te strony nie zaglądać: ścieżki plątały się jak wstążki, a cienie zdawały się mieć własną wolę. Pewnego wieczoru chłopiec usłyszał jednak cichy, urywany płacz dobiegający spomiędzy drzew. Dźwięk był delikatny i kruchy, jakby ktoś wołał o pomoc szeptem.
Serce podpowiedziało mu, by pójść dalej.
Im głębiej wchodził w las, tym gęstszy stawał się mrok. Gałęzie szeleściły nad głową, jak gdyby naradzały się w tajemnicy, a wiatr niósł ze sobą smutną, przeciągłą pieśń. Latarenka drżała w dłoni Emila, lecz wciąż płonęła, wiernie i uparcie. Wreszcie, na niewielkiej polanie, chłopiec dostrzegł dziewczynkę w białej sukience. Siedziała na kamieniu, nieruchoma, blada jak księżyc w zimową noc, i wyglądała tak, jakby ktoś na długo odebrał jej uśmiech.
— Dlaczego płaczesz? — zapytał cicho.
— Zgubiłam drogę do domu — wyszeptała. — A gdy zapada noc, nikt mnie nie dostrzega. Jakbym nie istniała.
Emil uniósł latarenkę, a złoty krąg światła otulił ich dwoje.
— Pójdziemy razem — powiedział łagodnie. — Moje światło jest niewielkie, lecz wystarczy, jeśli będziemy blisko siebie.
Ruszyli w drogę.
Ścieżka wiła się wśród ciemności. Chłodne cienie kładły się im pod nogi, a noc osiadała na świecie niczym ciężki, aksamitny płaszcz. Mimo to latarenka świeciła nieprzerwanie — ciepło, cicho, z wytrwałą cierpliwością. Z każdym krokiem jej blask jakby nabierał mocy, karmiony odwagą i dobrocią chłopca, który ani na chwilę nie wypuszczał jej z dłoni.
Po długiej wędrówce pierwszy, nieśmiały promień świtu przeciął granat nieba. Drzewa rozstąpiły się, odsłaniając stary, zapomniany dom. W jednym z okien migotało jasne, poranne światło, jakby ktoś właśnie zapalał w nim wspomnienie dawnych dni.
Dziewczynka po raz pierwszy się uśmiechnęła.
— Dziękuję — szepnęła. — Nigdy nie lękałam się nocy… bałam się tylko samotności.
W tej samej chwili jej postać zamigotała, jak odbicie gwiazdy w spokojnej wodzie. Po chwili zniknęła, a nad domem rozbłysła jasna, srebrzysta gwiazda — piękna i czysta. Emil zrozumiał wtedy, że odprowadził do domu nie zagubione dziecko, lecz dawną opiekunkę tego miejsca: dobrą, wierną duszę, która przez lata czuwała nad progiem domu.
Chłopiec wrócił do miasteczka z latarenką w dłoni. Od tamtej nocy jej światło już nigdy nie zgasło, a każdy, kto mijał Emila na ulicy, miał wrażenie, że w jego spojrzeniu mieszka spokojna, cicha dobroć.
I aż do końca swoich dni nosił w sercu prostą prawdę:
małe światło w dobrym sercu potrafi rozjaśnić nawet najciemniejszą drogę.


