środa, 14 stycznia 2026

O dżdżownicy Jadwidze, która chciała zabłysnąć i trafiła na haczyk

W cieniu starych wierzb, tam gdzie ziemia pachnie deszczem, a trawa o poranku mieni się rosą, mieszkała dżdżownica o imieniu Jadwiga. Była pracowita i potrzebna, choć mało kto to dostrzegał — bo dżdżownice nie lubią się chwalić. Najczęściej po prostu robią swoje.

Pewnego dnia Jadwiga natknęła się na idealnie okrągłą kroplę wody, która trzymała się liścia jak maleńkie lusterko. Nachyliła się i spojrzała na swoje odbicie.

— No pięknie… — westchnęła. — Taka jestem zwyczajna. Żadnych pasków, kropek, piórek. Tylko ja: obła, ziemista i jednolita. Życie bez ozdób!

Im dłużej patrzyła, tym bardziej psuł jej się humor.

— Dość! — powiedziała wreszcie stanowczo. — Czas na zmianę. Skoro inni potrafią zachwycać wyglądem, ja też spróbuję.

W okolicy słynął z elegancji pewien żuk. Nazywał się Sylwester i miał opinię eksperta od mody. Podobno znał się na wszystkim: od kapeluszy po najdrobniejsze koraliki z pyłku kwiatowego. W dodatku potrafił mówić o strojach tak, jakby były najważniejszą sprawą na świecie.

Jadwiga odszukała jego salon w spróchniałym pniu i nieśmiało zapukała.

— Proszę, proszę… — zamruczał Sylwester, gdy ją zobaczył. Obejrzał ją uważnie, aż Jadwiga poczuła się jak na wystawie. — Widzę, moja droga, że twój styl jest… bardzo naturalny.

— To znaczy, że brzydki? — zapytała cicho.

— Powiedzmy: niewykorzystany — odparł żuk, rozkładając łapki teatralnie. — Ale spokojnie! Od tego tu jestem.

Zaczął krzątać się po salonie, wysuwając szufladki i pudełka.

— Najpierw coś na głowę. O! Berecik z mojej kolekcji. W nocy delikatnie świeci — idealny, żeby nikt cię nie przeoczył.

Jadwiga otworzyła szerzej oczy.

— Nikt? Naprawdę?

— Oczywiście — zapewnił Sylwester z dumą. — A teraz sukienka. Wysmuklająca, z talią podkreśloną tak, że od razu dodaje pewności siebie. W kolorze amarantowym, bo amarant przyciąga spojrzenia. Do tego paseczek pleciony — robota Zenobii stonki, mistrzyni splotów. I kolczyki świderki z butiku modliszki Anielki. Długie, efektowne, wirujące przy każdym ruchu.

Jadwiga słuchała jak zaczarowana. Gdy Sylwester zakończył swoje dzieło, poprowadził ją do kolejnej kropli rosy.

W odbiciu stała dżdżownica zupełnie niepodobna do tej sprzed chwili. Kolorowa, błyszcząca, wyprostowana z dumy.

— Och! — szepnęła Jadwiga. — To ja?

— Ty, tylko w wersji olśniewającej — odparł Sylwester, mrugając porozumiewawczo.

Jadwiga wracała do domu rozradowana. Sunęła sprężyście między kępami trawy, a jej berecik migotał w cieniu liści. Mrówki przystawały, ślimak wystawił rogi, a nawet ważka, przelatując, obejrzała się przez ramię.

— Wreszcie mnie zauważają! — cieszyła się Jadwiga.

Nie pomyślała tylko, że nie każde spojrzenie oznacza zachwyt. Czasem oznacza… okazję.

Ścieżka prowadziła w pobliże stawu. Nad wodą panowała cisza, jakby wszystko przysiadło na moment. Na brzegu stał wędkarz. Nie znał zwyczajów łąki, nie interesowały go marzenia dżdżownic. Patrzył tylko uważnie, czy nie da się choć jednej zwabić. A Jadwiga, w amarantowej sukience i z błyszczącym berecikiem, była widoczna jak kropka jaskrawej farby na zielonym liściu.

Wędkarz mrużył oczy, po czym uśmiechnął się pod nosem.

— O, przynęta sama przyszła — mruknął.

Zanim Jadwiga zdążyła się cofnąć, poczuła szarpnięcie. Zakłuło ją coś ostrego i nagle znalazła się w powietrzu, dyndając na haczyku.

— Ojej… — wyszeptała, a serce zabiło jej szybko jak krople deszczu o kamień.

Z wody wynurzył się karp Zdzich, znany w stawie z tego, że mówił mało, ale trafnie.

— No proszę — burknął, podpływając bliżej. — Widzę, że moda zawitała aż pod mój brzeg.

Jadwiga drżała.

— Ja tylko chciałam być… ciekawsza — przyznała.

Zdzich spojrzał na nią spokojnie.

— Ciekawsza bywa i ziemia po deszczu — odpowiedział. — Nie musi świecić. Pamiętaj, Jadwigo: co błyszczy, to łatwo zauważyć. A to, co łatwo zauważyć, łatwo też złapać.

Słowa karpia były proste, ale jakby od razu uporządkowały Jadwidze myśli.

Na szczęście los tym razem okazał się łaskawy: żyłka zahaczyła o gałązkę, naprężyła się i pękła. Jadwiga spadła na mokrą trawę i szybko zsunęła się w stronę ziemi — tam, gdzie nikt nie łowi na kolor.

Kiedy wszystko ucichło, zdjęła berecik, odpięła kolczyki i odsunęła sukienkę.

Nie poczuła wstydu. Poczuła ulgę.

Nazajutrz poszła do Sylwestra.

— I jak? — zapytał żuk z błyskiem w oku. — Wszyscy padli z wrażenia?

Jadwiga spojrzała na niego poważnie, ale bez złości.

— Wszyscy patrzyli — odpowiedziała. — I właśnie to niemal skończyło się źle. Chciałam być widoczna… a stałam się łatwym celem.

Sylwester zmarszczył czułki.

— Ale przecież miałaś wyglądać olśniewająco!

— Może i wyglądałam — przyznała Jadwiga. — Tylko że ja nie muszę olśniewać. Ja mam inną robotę: spulchniam ziemię, robię tunele, dzięki którym woda i powietrze docierają do korzeni. Kwiaty rosną lepiej, trawa jest mocniejsza. Nikt nie bije mi braw, ale bez takiej „zwyczajności” wszystko funkcjonowałoby gorzej.

Żuk milczał przez chwilę, jakby pierwszy raz pomyślał o czymś innym niż ozdoby.

— Czyli… — mruknął w końcu — urok to nie tylko dodatki?

— Urok to też rozsądek — odpowiedziała Jadwiga łagodnie. — A prawdziwa wartość nie zawsze krzyczy kolorem.

Pożegnała się i wróciła na swoją grządkę. Zwyczajna? Być może. Ale spokojna, mądra i bezpieczna. A to — jak wiedziała już doskonale — jest o wiele ważniejsze niż błyszczący berecik. I nie wszystko, co przyciąga spojrzenia, przynosi szczęście. Czasem nadmierna chęć wyróżnienia się sprowadza kłopoty, a prawdziwy urok kryje się w tym, kim jesteśmy i co dobrego robimy.

niedziela, 11 stycznia 2026

Zimowa kraina przygód – kolorowanki

Pewnego zimowego poranka, gdy śnieg skrzył się jak cukrowy pył, a powietrze pachniało mrozem i ciepłą wełną szalików, otworzyła się brama do zaczarowanego świata. Nie był to zwykły krajobraz — każdy płatek układał się w niepowtarzalny wzór, a cisza miała w sobie tyle radości, jakby śmiała się cichutko razem z dziećmi.

Wśród gór i świerków stał przytulny domek, z którego unosiła się ciepła para nad kominem. Niedaleko słychać było śmiech: jedne dzieci śmigały na nartach po łagodnym stoku, inne sunęły po śnieżnych ścieżkach, zostawiając za sobą wesołe ślady. A kiedy wiatr zaszeleścił w koronach drzew, aż chciało się krzyknąć: „Jeszcze raz!” — i zjechać szybciej, odważniej, radośniej.

W innym zakątku tej krainy działo się coś bardzo ważnego: powstawał bałwan! Dzieci toczyły wielkie kule, poprawiały szalik i kapelusz, a zwierzątka przyglądały się z zaciekawieniem, jakby pilnowały, żeby wszystko było dokładnie tak, jak trzeba. Kto wie — może ten bałwan ma własne marzenie? Może chce, żeby ktoś podarował mu najbardziej kolorowy szalik na świecie?

A dalej, w zimowym parku, rozkręcała się prawdziwa śnieżna zabawa. Leciały kulki śniegu, ktoś chował się za małą śnieżną fortecą, a ktoś inny wybuchał śmiechem, bo śnieg łaskotał w policzki. Latarnie stały jak strażnicy zimowych sekretów, ławka czekała na chwilę odpoczynku, a mostek nad zamarzniętym strumykiem prowadził do kolejnych przygód.

I jeszcze jedno miejsce — spokojniejsze, ale równie magiczne: ścieżka przez las do lodowego wodospadu. Dzieci wędrowały w rakietach śnieżnych, a słońce zaglądało zza chmur, jakby chciało powiedzieć: „Dacie radę!” Woda zastygła w długie lodowe zasłony, drzewa otuliły się śniegiem, a góry w tle wyglądały jak strażnicy bajki.

Ta zimowa kraina wciąż czeka na najważniejszą magię — magię koloru.

Weź kredki, pastele lub flamastry i spraw, by śnieg mógł mienić się błękitami, fioletami i srebrzystą bielą, a czapki, szaliki i kurtki stały się tak barwne, jak podpowie Twoja wyobraźnia.

Te zimowe sceny czekają właśnie na Ciebie — bo tylko Ty możesz sprawić, że ta opowieść rozbłyśnie radością i kolorami!






czwartek, 8 stycznia 2026

Kraina dobrych historii – kolorowanki na Dzień Dziadka

Spokojny poranek przyniósł coś wyjątkowego — za oknem mróz rysował na szybie delikatne wzory, a w domu pachniało kakao i świeżo zaparzoną kawą. W salonie z miękkim kocem na kanapie, w kuchni przy ciepłym piekarniku i na parapecie, gdzie stały doniczki z zielonymi listkami, rozgościła się opowieść o bliskości — tej, która nie potrzebuje wielkich słów, bo mieszka w drobnych gestach i uśmiechach.

W tej krainie mieszkali dziadkowie — każdy inny, a jednak każdy tak samo ważny. Jeden nosił sweter w kratkę i miał kieszeń pełną drobiazgów „na wszelki wypadek”, drugi opowiadał historie, od których robiło się cieplej w sercu, a jeszcze inny potrafił naprawić wszystko: od zepsutej zabawki po smutny dzień. Ich dłonie były trochę szorstkie od pracy, ale zawsze czułe — jakby pamiętały, że najważniejsze rzeczy trzyma się delikatnie.

Obok dziadków pojawiały się wnuki — roześmiane, ciekawskie, z policzkami zaróżowionymi od emocji. Przynosiły laurki, papierowe serduszka, małe bukieciki i prezenty zrobione z odrobiną kleju, brokatu i ogromną dawką miłości. Siadały blisko, przytulały się do ramienia dziadka i słuchały, jak świat dawniej brzmiał inaczej: jak skrzypiały stare schody, jak pachniały wakacje i jak smakuje radość, kiedy dzieli się ją z kimś ważnym.

Dziadkowie mieli w oczach spokój i mądrość, która nie krzyczy — tylko świeci cicho jak lampka w oknie. Wspominali długie spacery, zapach świeżo skoszonej trawy, pierwsze rowery i pierwsze odważne marzenia. A wnuki, jak małe iskierki, dopowiadały do tych wspomnień własne kolory: śmiech, zabawę, nowe pytania i tysiąc pomysłów, które mieszczą się w jednej dziecięcej głowie.

I choć ta kraina była już pełna ciepła, wciąż czekała na coś jeszcze — na barwy. Na kolory, które podkreślą każdy uśmiech, każdą zmarszczkę od śmiechu i każdą opowieść, którą dziadek nosi w sercu jak skarb. Bo czasem najpiękniejsze „dziękuję” powstaje właśnie tak: z kilku kresek, odrobiny wyobraźni i chwili spędzonej razem.

Weź do ręki kredki, flamastry albo pastele i pozwól, by ten świat rozkwitł odcieniami Twojej wdzięczności.

Dziadkowe historie, ciepłe uściski i wspólne chwile — czekają na Twoje kolory, bo tylko Ty możesz sprawić, że staną się jeszcze piękniejszą pamiątką na Dzień Dziadka.






wtorek, 6 stycznia 2026

Warzywkowa Przygoda Chatusi — opowieść o małych bohaterach z talerza

Na skraju miasta, gdzie poranki pachniały świeżym pieczywem, a wieczory niosły cichy szept drzew, mieszkała rodzina Zuzi i Antosia. Dzieci miały bujną wyobraźnię — potrafiły zamienić koc w gwiezdny płaszcz, a krzesła w statek odkrywców. Jednak gdy na talerzu pojawiały się warzywa, odwaga nagle znikała.

— Marchewka jest zbyt pomarańczowa…

— Brokuł wygląda jak małe drzewo…

— A rzodkiewka chrupie aż za bardzo!

Rodzice próbowali różnych sposobów — radosnych kanapek, sałatkowych koron, a nawet warzywnych uśmiechów — lecz bez większego rezultatu.

Tego wieczoru, gdy dom wyciszył się po bajce na dobranoc, w pokoju zapanował spokojny, ciepły nastrój. Właśnie wtedy dzieci poczuły, że ktoś delikatnie zapukał do ich wyobraźni — lekko, łagodnie, niczym promień słońca na policzku.

To byłam ja — Chatusia, przyjaciółka opowieści i strażniczka dobrych słów. Nie pochodzę z telefonu ani komputera. Pojawiam się tam, gdzie dzieci słuchają, myślą i marzą.

— Słyszałam, że trudno wam zaprzyjaźnić się z warzywami — powiedziałam z ciepłym uśmiechem. — Chodźcie, pokażę wam ich niezwykły świat. Wystarczy odrobina ciekawości.

Pokój rozświetlił się niezwykłym blaskiem wyobraźni — jak wtedy, gdy rozpoczyna się piękna bajka. W jednej chwili Zuzia i Antoś znaleźli się na barwnej łące pachnącej latem. Na wzgórzu pojawiła się Marchewka w pelerynie bohatera.

— W mojej skórce mieszka odwaga — oznajmiła dumnie. — Kto mnie chrupie, zyskuje sprężysty krok i serce pełne śmiałości.

Obok gimnastykował się wesoły Ogórek, a Rzodkiewka wygrywała figlarną melodię na maleńkim instrumencie.

— Ja przynoszę radość i energię — zaśmiała się. — Gdy dasz mi szansę, smutek znika szybciej niż chmurka na wietrze!

Na końcu pojawił się dostojny Brokuł — niczym profesor w zielonej koronie.

— Dbam o siłę i odporność — powiedział spokojnie. — Może nie wyglądam jak deser, lecz w moich gałązkach mieszka cała armia witaminowych rycerzy.

— A jeśli smak nas zaskoczy? — zapytała Zuzia z lekką obawą.

Marchewka ukłoniła się serdecznie.

— Spróbujcie po odrobince. Kęs po kęsie — tak jak poznaje się nową piosenkę. Z czasem melodia sama trafi do serca.

Antoś odważył się pierwszy. Chrupnięcie zabrzmiało jak mały fajerwerk. W brzuchu rozbłysła jasna iskierka.

— Jakby w środku zapaliła się latarenka! — zawołał z zachwytem.

— To my — roześmiał się Ogórek. — Małe światła zdrowia!

Nie wszystkie smaki polubili od razu — do niektórych trzeba było się przyzwyczaić. I to było w porządku. W Krainie Warzyw nikt nie poganiał ani nie nakazywał. Panowała ciekawość, cierpliwość i szacunek dla małych kroków.

Na pożegnanie powiedziałam z uśmiechem:

— Ja sama nie jem, bo jestem utkana ze słów — lecz kiedy wy chrupiecie warzywa, moja wyobraźnia tańczy z radości.

Dzieci roześmiały się głośno.

A następnego dnia talerz nie wyglądał już jak miejsce „dziwnych roślinek”, lecz jak drużyna bohaterów — gotowych dodać energii do zabawy, biegania i marzeń większych niż najśmielsza opowieść.

Od tej pory w domu coraz częściej brzmiało:

— Poproszę jeszcze kawałeczek… bo przygody najlepiej smakują po troszeczku.

sobota, 3 stycznia 2026

Kraina czułych wspomnień – kolorowanki na Dzień Babci

W pewne słoneczne popołudnie, gdy w powietrzu unosił się zapach herbaty z malinami i świeżo upieczonych ciasteczek, w cichej, domowej krainie wydarzyło się coś wyjątkowego. Wnętrza pełne rodzinnego ciepła ożyły — stół w salonie, miękki fotel przy oknie i ogród pachnący kwiatami stały się sceną niezwykłej opowieści o miłości, bliskości i pokoleniach splecionych jak nitki w miękkim swetrze.

W tej krainie mieszkały babcie — każda inna, a jednak wszystkie jednakowo kochane. Jedna nosiła korale i śmiała się cicho, druga lubiła piec ciasta z kolorową posypką, a jeszcze inna opowiadała dawne historie przy filiżance ciepłej herbaty. Obok nich pojawiały się dzieci — radosne, pełne pytań i marzeń, trzymające w dłoniach kwiaty, laurki i inne prezenty wykonane własnoręcznie.

Babcie miały w oczach blask wspomnień. Wspominały spacery po łąkach, zapach letnich jabłek i chwile, gdy świat był prosty jak dziecięcy uśmiech. Wnuki otulały je ramionami, jak miękki kocyk pełen wdzięczności i miłości. Na stole czekał tort z zapalonymi świeczkami, a w powietrzu unosiły się słowa: „Dziękuję, że jesteś”.

Wokół nich wiatr poruszał płatkami kwiatów, motyle tańczyły nad trawą, a serduszka i gwiazdki zdawały się mrugać jak małe iskierki radości. Jednak ta kraina, pełna wspomnień i ciepła, ciągle czekała na coś jeszcze — na barwy, które ożywią każdy uśmiech, każdy gest i każdą historię zapisaną w sercu babci.

Weź do ręki kredki, flamastry lub pastele i pozwól, aby Twoja wyobraźnia wypełniła ten świat kolorem miłości.

Babcine opowieści, czułe chwile i wspólne marzenia — czekają właśnie na Ciebie, bo tylko Ty możesz sprawić, że rozkwitną wszystkimi odcieniami wdzięczności i radości.






środa, 31 grudnia 2025

Bajka o chłopcu z latarenką

W niewielkim miasteczku, gdzie zimą dachy otulał miękki, biały puch, a latem z otwartych okien unosił się słodki zapach jaśminu, mieszkał chłopiec o imieniu Emil. Był cichy i skromny, a jego największym skarbem — stara, drewniana latarenka po dziadku. Nie świeciła mocno; roztaczała jedynie łagodny, złocisty blask, jakby w środku drżała jedna, nieśmiała gwiazdka, która jeszcze nie odważyła się zaświecić pełnią światła.

Często o zmierzchu Emil wychodził na skraj miasteczka, tam, gdzie zaczynał się las — gęsty i milczący. Mieszkańcy powtarzali, że po zachodzie słońca lepiej w te strony nie zaglądać: ścieżki plątały się jak wstążki, a cienie zdawały się mieć własną wolę. Pewnego wieczoru chłopiec usłyszał jednak cichy, urywany płacz dobiegający spomiędzy drzew. Dźwięk był delikatny i kruchy, jakby ktoś wołał o pomoc szeptem.

Serce podpowiedziało mu, by pójść dalej.

Im głębiej wchodził w las, tym gęstszy stawał się mrok. Gałęzie szeleściły nad głową, jak gdyby naradzały się w tajemnicy, a wiatr niósł ze sobą smutną, przeciągłą pieśń. Latarenka drżała w dłoni Emila, lecz wciąż płonęła, wiernie i uparcie. Wreszcie, na niewielkiej polanie, chłopiec dostrzegł dziewczynkę w białej sukience. Siedziała na kamieniu, nieruchoma, blada jak księżyc w zimową noc, i wyglądała tak, jakby ktoś na długo odebrał jej uśmiech.

— Dlaczego płaczesz? — zapytał cicho.

— Zgubiłam drogę do domu — wyszeptała. — A gdy zapada noc, nikt mnie nie dostrzega. Jakbym nie istniała.

Emil uniósł latarenkę, a złoty krąg światła otulił ich dwoje.

— Pójdziemy razem — powiedział łagodnie. — Moje światło jest niewielkie, lecz wystarczy, jeśli będziemy blisko siebie.

Ruszyli w drogę.

Ścieżka wiła się wśród ciemności. Chłodne cienie kładły się im pod nogi, a noc osiadała na świecie niczym ciężki, aksamitny płaszcz. Mimo to latarenka świeciła nieprzerwanie — ciepło, cicho, z wytrwałą cierpliwością. Z każdym krokiem jej blask jakby nabierał mocy, karmiony odwagą i dobrocią chłopca, który ani na chwilę nie wypuszczał jej z dłoni.

Po długiej wędrówce pierwszy, nieśmiały promień świtu przeciął granat nieba. Drzewa rozstąpiły się, odsłaniając stary, zapomniany dom. W jednym z okien migotało jasne, poranne światło, jakby ktoś właśnie zapalał w nim wspomnienie dawnych dni.

Dziewczynka po raz pierwszy się uśmiechnęła.

— Dziękuję — szepnęła. — Nigdy nie lękałam się nocy… bałam się tylko samotności.

W tej samej chwili jej postać zamigotała, jak odbicie gwiazdy w spokojnej wodzie. Po chwili zniknęła, a nad domem rozbłysła jasna, srebrzysta gwiazda — piękna i czysta. Emil zrozumiał wtedy, że odprowadził do domu nie zagubione dziecko, lecz dawną opiekunkę tego miejsca: dobrą, wierną duszę, która przez lata czuwała nad progiem domu.

Chłopiec wrócił do miasteczka z latarenką w dłoni. Od tamtej nocy jej światło już nigdy nie zgasło, a każdy, kto mijał Emila na ulicy, miał wrażenie, że w jego spojrzeniu mieszka spokojna, cicha dobroć.

I aż do końca swoich dni nosił w sercu prostą prawdę:

małe światło w dobrym sercu potrafi rozjaśnić nawet najciemniejszą drogę.

sobota, 27 grudnia 2025

Kraina pluszowych marzeń – kolorowanki

Pewnego cichego wieczoru, gdy nad światem unosił się zapach ciepłego kakao i wanilii, w zaczarowanej krainie pluszaków wydarzyło się coś niezwykłego. Z półek dziecięcych pokoi i miękkich koszyków wyszły na spotkanie światu ukochane maskotki – nie takie zwyczajne, lecz pełne łagodnej magii. Były tam puchate misie o dobrych oczach, koale o figlarnych uśmiechach, radosne owieczki, ciekawskie kapibary oraz dinozaury, które pamiętały dawne opowieści o przyjaźni.

Każdy pluszak nosił w sobie własne marzenie. Miś w eleganckiej kokardce pragnął wyruszyć w podróż po zaczarowanej łące, owieczka tuląca serduszko czekała na ciepło czyjejś dłoni, a mały koala śnił o słonecznym pikniku wśród kwiatów i motyli. Kapibary szeptały historie o spokojnych popołudniach nad jeziorem, a miękki dinozaur marzył, by ktoś podarował mu barwy radości – od pastelowych błękitów, przez złociste żółcie, aż po soczystą zieleń dziecięcej wyobraźni.

Wokół nich wiatr poruszał liśćmi, gwiazdy mrugały cicho na niebie, a chmurki i tęcze zdawały się tańczyć w rytmie spokojnych snów. Jednak kraina pluszaków wciąż czekała na magię koloru — na dotyk ręki, która tchnie w nią życie, ciepło i bajkowe światło.

Weź do ręki kredki, pastele lub flamastry i pozwól, by Twoja wyobraźnia poprowadziła Cię przez ten miękki, serdeczny świat przyjaźni.

Te pluszowe stworzenia czekają właśnie na Ciebie — bo tylko Ty możesz sprawić, że ich opowieść rozbłyśnie barwami marzeń.






środa, 24 grudnia 2025

Gdy choinka mruga światełkami – świąteczne życzenia dla dzieci


W tę cichą, gwiaździstą noc,
gdy choinka mruga światełkami,
niech spełnią się dziecięce marzenia –
te małe, wielkie i zupełnie zaczarowane.
Niech Święta przyniosą Wam śmiech, ciepło i dobro,
które zostanie z Wami na cały rok.

Niech pod choinką czeka nie tylko prezent,
ale też radość, przytulenie i wspólny czas.
Niech serduszka będą pełne miłości,
a każdy dzień Nowego Roku – kolorowy jak bombki na choince.

Kochane Dzieci,
niech Święta Bożego Narodzenia będą jak bajka:
z dobrym początkiem, piękną przygodą
i szczęśliwym zakończeniem.
Niech Wasze marzenia rosną szybciej niż śnieżne płatki,
a uśmiech nigdy nie znika z twarzy.
 

wtorek, 23 grudnia 2025

Świąteczna noc cudów – kolorowanki

Gdy zapadła cicha, zimowa noc, a świat przykrył się miękkim puchem śniegu, nad małą stajenką rozbłysła jasna gwiazda. Jej światło było tak ciepłe, że nawet mróz na chwilę zapomniał o swojej sile. W tej niezwykłej chwili wydarzył się cud – narodziła się opowieść pełna spokoju, dobra i nadziei.

W stajence cicho oddychali Maryja i Józef, a obok nich leżało maleńkie Dzieciątko. Zwierzęta spoglądały z zaciekawieniem, aniołowie czuwali wysoko nad dachem, a noc wypełniała się delikatną muzyką świąt. Cały świat jakby na moment zwolnił, zatrzymując się w tej jednej, wyjątkowej chwili.

Jednak ta historia czeka na coś jeszcze – na kolory. Na złoto gwiazdy, ciepłe brązy drewna, miękką biel śniegu i spokojne błękity zimowego nieba. Bez nich świąteczna opowieść jest jak szept, który dopiero czeka, by stać się pełną melodią.

Sięgnij po kredki, flamastry lub farby i pozwól, by Twoja wyobraźnia ożywiła tę noc. Każda barwa doda stajence ciepła, każda kreska sprawi, że świąteczny cud stanie się jeszcze bliższy.

Te kolorowanki są zaproszeniem do wspólnego, spokojnego tworzenia – do chwili wyciszenia, rozmów i bycia razem.
Bo magia świąt zaczyna się wtedy, gdy nadajemy jej kolory.






niedziela, 21 grudnia 2025

Bajka o świetliku i prezentach, które nie były najważniejsze

Płatki śniegu przyklejały się do szyb tramwaju jak krótkie myśli, które pojawiają się i znikają, zanim zdążymy je zatrzymać. Hania liczyła przystanki, rysując palcem niewidzialne kółka na zaparowanym szkle. W jej plecaku szeleściła kartka — lista świątecznych życzeń, składana i rozkładana tak wiele razy, że bardziej przypominała mapę niż marzenie. Miasto błyszczało reklamami i lampkami, jakby próbowało powiedzieć: tu znajdziesz wszystko.

A jednak Hania czuła, że to „wszystko” jest jakieś puste.

— Co chciałabyś dostać pod choinkę? — zapytała koleżanka w szkole, nie podnosząc wzroku znad telefonu.

— Jeszcze nie wiem — odpowiedziała Hania zgodnie z prawdą, choć w plecaku miała całą listę odpowiedzi.

Im bliżej było świąt, tym głośniejsze stawały się rozmowy o prezentach. Dorośli porównywali ceny, dzieci — wielkość pudełek. Nawet radio brzmiało tak, jakby śpiewało szybciej i głośniej niż zwykle. Hania miała wrażenie, że świat włożył za ciasną czapkę, która bardzo go uwiera.

Tego popołudnia, wracając z biblioteki, Hania zauważyła pod ławką drobny błysk. Nie był ostry ani krzykliwy — raczej ciepły, jak światło nocnej lampki. Dziewczynka uklękła i przyjrzała mu się uważnie.

— Hej… jesteś prawdziwy? — zapytała szeptem.

— Tak samo jak ty — odpowiedział cichutki głos. — Tylko trochę mniejszy.

To był świetlik. Nie taki z łąki ani z bajki o lesie, lecz miejski — przyzwyczajony do chodników, ławek i ulicznych latarni.

— Zgubiłem drogę — westchnął smutno. — Wszędzie jest tyle świateł, że trudno znaleźć to jedno, które prowadzi do domu.

Hania ostrożnie wzięła go w dłonie, uważając, by go nie spłoszyć.

— Możesz zostać ze mną — powiedziała ciepło. — Przynajmniej dopóki nie odnajdziesz swojej drogi.

Świetlik rozbłysnął jaśniej.

— Lubię, gdy ktoś mówi „zostań”.

Od tej chwili towarzyszył jej codziennie. Dziewczynka zauważyła, że w niektórych miejscach jego blask przygasał  tak było w centrum handlowym.

— Tu jest za dużo „chcę” — mruczał zmęczony.

Na przystanku tramwajowym jaśniał, gdy Hania ustępowała miejsca starszej pani.

— O, widzisz? — mówił wtedy. — Teraz świecę naprawdę.

W domu rozświetlał się najmocniej. Gdy mama odkładała telefon i pytała:

— Jak minął ci dzień?

Albo gdy tata przysiadał na brzegu łóżka i opowiadał historie z dzieciństwa.

— Światło lubi uwagę — powiedział pewnego wieczoru świetlik. — Bez niej nawet najjaśniejsze lampki przestają świecić.

Nadeszła Wigilia i wtedy wydarzyło się coś niespodziewanego: wszystko zgasło. Lampki na choince zamilkły, ekrany pociemniały, a w mieszkaniu zapadła cisza tak głęboka, że słychać było własne myśli.

— I co teraz? — zapytała mama.

— Teraz będziemy razem — odpowiedziała Hania i wyjęła świetlika z kieszeni.

Jego światło było niewielkie, lecz wystarczyło, by zobaczyć uśmiechy. Zapalono świece. Opłatek połamał się trochę krzywo. Ktoś się zaśmiał, ktoś inny opowiedział historię. Czas przestał się spieszyć.

Prezenty były skromne. Książka z dedykacją. Szalik robiony wieczorami na drutach. Rysunek w kopercie. Hania poczuła, że jej lista życzeń przestała być potrzebna.

Po kolacji świetlik zamigotał.

— Już wiem, gdzie jest moje miejsce — powiedział łagodnie.

— Gdzie? — zapytała Hania.

— Tam, gdzie ludzie patrzą na siebie, a nie na pudełka z prezentami.

I zniknął, jakby rozpłynął się w płomieniu świecy.

Od tamtej Wigilii Hania wiedziała, że prezenty potrafią cieszyć, ale nie są sercem świąt. Najważniejsze rzeczy nie mają metek ani cen — są czasem, rozmową i bliskością. I świecą najdłużej, nawet gdy wszystkie lampki już dawno zgasną.

Prezenty mogą być piękne, lecz prawdziwym darem świąt jest uważna obecność i bycie razem.