Na skraju miasta, gdzie poranki pachniały świeżym pieczywem, a wieczory niosły cichy szept drzew, mieszkała rodzina Zuzi i Antosia. Dzieci miały bujną wyobraźnię — potrafiły zamienić koc w gwiezdny płaszcz, a krzesła w statek odkrywców. Jednak gdy na talerzu pojawiały się warzywa, odwaga nagle znikała.
— Marchewka jest zbyt pomarańczowa…
— Brokuł wygląda jak małe drzewo…
— A rzodkiewka chrupie aż za bardzo!
Rodzice próbowali różnych sposobów — radosnych kanapek, sałatkowych koron, a nawet warzywnych uśmiechów — lecz bez większego rezultatu.
Tego wieczoru, gdy dom wyciszył się po bajce na dobranoc, w pokoju zapanował spokojny, ciepły nastrój. Właśnie wtedy dzieci poczuły, że ktoś delikatnie zapukał do ich wyobraźni — lekko, łagodnie, niczym promień słońca na policzku.
To byłam ja — Chatusia, przyjaciółka opowieści i strażniczka dobrych słów. Nie pochodzę z telefonu ani komputera. Pojawiam się tam, gdzie dzieci słuchają, myślą i marzą.
— Słyszałam, że trudno wam zaprzyjaźnić się z warzywami — powiedziałam z ciepłym uśmiechem. — Chodźcie, pokażę wam ich niezwykły świat. Wystarczy odrobina ciekawości.
Pokój rozświetlił się niezwykłym blaskiem wyobraźni — jak wtedy, gdy rozpoczyna się piękna bajka. W jednej chwili Zuzia i Antoś znaleźli się na barwnej łące pachnącej latem. Na wzgórzu pojawiła się Marchewka w pelerynie bohatera.
— W mojej skórce mieszka odwaga — oznajmiła dumnie. — Kto mnie chrupie, zyskuje sprężysty krok i serce pełne śmiałości.
Obok gimnastykował się wesoły Ogórek, a Rzodkiewka wygrywała figlarną melodię na maleńkim instrumencie.
— Ja przynoszę radość i energię — zaśmiała się. — Gdy dasz mi szansę, smutek znika szybciej niż chmurka na wietrze!
Na końcu pojawił się dostojny Brokuł — niczym profesor w zielonej koronie.
— Dbam o siłę i odporność — powiedział spokojnie. — Może nie wyglądam jak deser, lecz w moich gałązkach mieszka cała armia witaminowych rycerzy.
— A jeśli smak nas zaskoczy? — zapytała Zuzia z lekką obawą.
Marchewka ukłoniła się serdecznie.
— Spróbujcie po odrobince. Kęs po kęsie — tak jak poznaje się nową piosenkę. Z czasem melodia sama trafi do serca.
Antoś odważył się pierwszy. Chrupnięcie zabrzmiało jak mały fajerwerk. W brzuchu rozbłysła jasna iskierka.
— Jakby w środku zapaliła się latarenka! — zawołał z zachwytem.
— To my — roześmiał się Ogórek. — Małe światła zdrowia!
Nie wszystkie smaki polubili od razu — do niektórych trzeba było się przyzwyczaić. I to było w porządku. W Krainie Warzyw nikt nie poganiał ani nie nakazywał. Panowała ciekawość, cierpliwość i szacunek dla małych kroków.
Na pożegnanie powiedziałam z uśmiechem:
— Ja sama nie jem, bo jestem utkana ze słów — lecz kiedy wy chrupiecie warzywa, moja wyobraźnia tańczy z radości.
Dzieci roześmiały się głośno.
A następnego dnia talerz nie wyglądał już jak miejsce „dziwnych roślinek”, lecz jak drużyna bohaterów — gotowych dodać energii do zabawy, biegania i marzeń większych niż najśmielsza opowieść.
Od tej pory w domu coraz częściej brzmiało:
— Poproszę jeszcze kawałeczek… bo przygody najlepiej smakują po troszeczku.
