Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziecięca wyobraźnia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziecięca wyobraźnia. Pokaż wszystkie posty

środa, 17 grudnia 2025

Bajka o Kieszonkowych Rozśmieszakach

Tuż za zakrętem zwyczajnej uliczki, tam gdzie stare lipy szumiały jak opiekunki tajemnic, mieszkał chłopiec o imieniu Miko. Miko miał oczy ciekawskie jak dwa błyszczące guziki i serce, które czasem się plątało od zmartwień — zwłaszcza wtedy, gdy poranek zapowiadał się na szary i zbyt cichy.

Pewnego dnia, zanim jeszcze zdążył poprawić plecak, poczuł, że coś delikatnie szturcha go pod żebrem. Spojrzał na swoją kieszeń i zauważył lekkie, jakby figlarne poruszenie materiału.

Zaintrygowany sięgnął do środka i jego palce trafiły na coś mięciutkiego, cieplutkiego, a przy tym drżącego od tłumionego chichotu. Wyjął przedziwne maleństwo wielkości włochatej mandarynki — stworek miał futerko w kolorach tęczy po deszczu, okrągłe oczka jak dwie świecące kropelki i maleńki kołnierzyk naszyty z migoczących nitek.

– Hej! – zapiszczała istotka, robiąc salto, jakby to było najprostsze powitanie świata. – Jestem Rozśmieszak! Kieszonkowy! Do usług! Zamieszkuję u dzieci, które potrzebują śmiechu tak bardzo, jak kwiaty potrzebują słońca.

Miko otworzył szeroko oczy.

– Potrafisz mnie rozśmieszyć… tak po prostu?

– Ależ oczywiście! – Rozśmieszak wypiął pierś, która wyglądała jak puszek dmuchawca. – Śmiech to najszybsza magia na świecie!

Po czym zaczął wyginać się w najdziwniejsze kształty, jakby był stworzony z gumowej tęczy, a jego miny były tak cudaczne, że Miko parsknął śmiechem – najpierw ostrożnie, potem coraz głośniej. Z każdym chichotem stworek rósł o maleńki milimetr, jakby śmiech był jego ukochanym przysmakiem.

To jednak dopiero początek zaczarowanej przyjaźni.

Nazajutrz, w szkolnym korytarzu, Miko zobaczył Zuzię siedzącą samotnie na ławce. Jej ramiona zwisały jak smutne gałązki, a oczy miały kolor pochmurnego nieba.

Rozśmieszak aż drgnął w kieszeni.

– Oho! Ktoś potrzebuje odrobiny kieszonkowej radości.

Miko usiadł obok Zuzi.

– Chcesz zobaczyć coś niesamowitego? – zapytał cicho.

Z kieszeni wyskoczył Rozśmieszak, zrobił przewrót w powietrzu, a potem kichnął… a z tej kichawki uleciał miniaturowy obłoczek w kształcie malinowej chmurki. Zuzia uniosła brwi, a potem wybuchnęła śmiechem tak dźwięcznym, że echo na schodach zaczęło rechotać razem z nią.

Od tamtej pory Miko zauważył, że Rozśmieszaków jest więcej: drobne, pstre, jedne z ogonkami zakręconymi jak świderki, inne z czapeczkami jak krople farby. Każdy z nich miał swój ukochany zakamarek – kieszeń, rękaw, kaptur czy piórnik – i swój własny sposób na rozjaśnianie smutków.

Pewnego wieczoru, zanim zasnął, Miko zapytał szeptem:

– A co, jeśli któregoś dnia nie będę już potrzebował tyle śmiechu? Jeśli smutek nie będzie się do mnie przyczepiał?

Rozśmieszak usiadł mu na dłoni i spojrzał z mądrą łagodnością.

– Wtedy będę najdumniejszy pod słońcem. Bo nie istniejemy po to, by być niezastąpionymi. Jesteśmy po to, by przypominać, że radość mieszka nie tylko w kieszeni… ale przede wszystkim w sercu.

Miko uśmiechnął się, a jego uśmiech miał w sobie nowe światło — takie, które nie gasło wraz z zachodem słońca.

I tak każdego dnia, gdzieś między szkolnymi zeszytami a zapachem świeżych kanapek, Rozśmieszaki czuwają. Śpią cichutko, dopóki ktoś nie będzie potrzebował ich magicznego chichotu. A gdy nadejdzie trudny moment, wystarczy wsunąć rękę do kieszeni…

i pozwolić, by magia śmiechu zaczęła działać.